Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

30 listopada 2019

Budapeszt z roczniakiem - zwiedzanie cz.1

Wielka Synagoga.
Jako pierwszą, popołudniu po przylocie zobaczyliśmy Wielką Synagogę.
Jest to największa Synagoga w Europie! mieści 3000 osób.
Synagoga ma 75 metrów długości i 27 metrów szerokości. Obecny wygląd jest od 1996r kiedy została odbudowana po wysadzeniu w powietrze w 1939r.
Nie weszliśmy do środka, jedynie obeszliśmy ją z zewnątrz. Wiemy, że jest udostępniona do zwiedzania. Ale raczej w godzinach dopołudniowych.
Wieczorem jest pięknie oświetlona.



Bazylika św Stefana.
W strugach deszczu udaje się nam do niej dotrzeć. Z hotelu to ok 30 min z wózkiem.
Bazylika jest największym kościołem stolicy Węgier. Może pomieścić do 8500 wiernych. Obecnie jest konkatedrą archidiecezji Ostrzyhom-Budapeszt.
Zwieńczeniem bazyliki jest 96-metrowa kopuła z mozaiką przedstawiająca Boga Ojca.
Po wejściu do środka dopiero ukazuje się jej piękno, zdobienia, malunki no i ten ogrom!
Ołtarz odgrodzony, w ogóle boczne ołtarze również odgrodzone. Fajnie, bo wtedy nikt tego nie niszczy. Tylko naszej Klarci podobał się sznur haha.
Kopuła jest też wieżą widokową, ale my się nie decydujemy na wejście.
Przy wejściu wewnątrz, siedział ksiądz, trochę ogarniał zwiedzających - grupy. Oprócz tego przy wejściu jest skrzynka i wszyscy wyrzucali drobne na utrzymanie bazyliki.

Przy katedrze jest też spory plac, są kawiarenki.
Bez problemu można puścić dziecko żeby sobie pochodziło - nie ma samochodów.

Stamtąd już bardzo niedaleko (dosłownie 5 min) do słynnego Mostu Łańcuchowego. No i droga do niego prowadzi takim deptakiem, przy którym są sklepiki z pamiątkami oraz kawiarnie.

Jednak most później, my najpierw wędrujemy do California Coffee Company, gdzie pijemy ciepłą herbatę, suszymy się, a nasza Klara zjada ciepłą kaszkę (dostaliśmy gorącą wodę).
Z pełnymi brzuszkami idziemy dalej zwiedzać.
Pada coraz bardziej.
Klara zasypia w wózku.


Most Łańcuchowy.
W strugach deszczu, w zimnie jest potężny ale i smutny, nijaki. A Dunaj szary, bo pada, tramwaje wodne pływają. Parlamentu prawie nie widać, Zamek i Góra Gellerta ledwo widoczne.


Przechodzimy aż pod wzgórze zamkowe.


Dalej już wzdłuż Dunaju po stronie Budy, kierujemy się w stronę Mostu Elżbiety.


Po jego przejściu kierujemy się w pierwszą boczną ulicę, również deptak pełny sklepów.
Idziemy do końca i wychodzimy pod Halą Targową Vásárcsarnok.
Przy okazji podziwiamy tramwaje podobne do poznańskich.
Wreszcie przestaje padać!! I tak jesteśmy przemoczeni, ale już nie mokniemy :D


Hala Targowa Vásárcsarnok.
Miejsce z duszą!!
Obchodzimy halę na parterze, windą (co bardzo nas cieszy) wyjeżdżamy na górę. Tam oprócz rękodzieła, zabawek i pamiątek są miejsca z lokalnym jedzeniem. Niestety, brakuje miejsca dla nas z wózkiem, nie ma też za bardzo miejsca, żeby Klara mogła zjeść z nami, więc nie decydujemy się tam zostać.
Spacerujemy, oglądamy, kupujemy tylko niewielką pamiątkę dla siebie.


Wracamy, w kolejnej ulewie, do hotelu.
Już w hotelu zjadamy gorącą zupę gulaszową, ale szału nie ma :/ raz nie zawsze.

Za to Klara zachwycona szaleje do upadłego w kąciku zabaw dla dzieci w hotelowej restauracji.

Modlimy się, by nasze kurtki i buty do rana były suche. Bo w przeciwieństwie do naszej córeczki mamy po jednej kurtce i jednej parze butów.

                         Koniec części 1.

20 sierpnia 2019

Gdańsk z niemowlakiem!

Tym razem kierunek: Gdańsk.

Podróż tam.
Wyjeżdżamy znowu zaraz po śniadaniu, Klara w pokoju tuż przed wyjazdem dostaje jeszcze kaszkę.
Samochodem dojeżdżamy do Redy na PKP i stamtąd pociągiem.
Tyle, że parkingu pod PKP nie ma, bo jest gigantyczny remont.
Żywego człowieka brak. Objeżdżamy ten dworzec i nagle widzimy autobus miejski :D miły pan kierowca powiedział, gdzie możemy zaparkować.
Okazało się, że po drugiej stronie dwupasmówki jest spore osiedle i lid :D
Wypakowaliśmy się, zabraliśmy również wózek i nosidełko.
Szybkie mini zakupy w lidlu (kilku rzeczy zapomnieliśmy zabrać z pokoju) i lecimy na pociąg.
Niestety, przy wyjściu na perony i zejściu pod ulicą nie ma podjazdów dla wózków i Krzysiek niósł wózek, a ja Klarcię.
10min oczekiwania na pociąg i jest! SKM. Hmm tragedii nie ma, ale pociąg przyjechał już dość obładowany i usiadłam tylko ja z Klarą (Krzysiek później też, bo miejsce się zwolniło).
Pociąg bez przedziałów, osobówka.. bez ubikacji!
Ledwo przejechaliśmy kilka stacji i okazało się, że musimy ogarnąć Malucha. Jak, gdzie?
Przeszłam 4 przedziały i nigdzie nie było ubikacji. Więc, żeby nie zgorszyć ludzi i nie narażać Klarci na podglądanie, postanowiłam przewinąć ją pomiędzy przedziałami.
Nie było łatwo, bo pociąg jechał, Klara miała inny pomysł na siebie niż stać grzecznie :P  Ubierając jej pieluchomajtki (wciągając przez buciki) modliłam się, by się nie posiusiała :P Ale nic takiego się nie wydarzyło i spokojnie wróciłyśmy z pakuneczkiem w woreczku zapachowym na swoje miejsca :P
Dało się? dało. Łatwo nie było, ale inaczej ludzie padliby trupem :P hahhaha.

No a dalej to był hardkor w pociągu. Ludzi masa, Klara nie miała sobie jak pochodzić, pociąg zatrzymywał się wręcz co 5-10min, ciągle ktoś przechodził.. duszno, ciepło, brak miejsca i 11,5mc niemowlak który po nas non stop skakał. Wiadomo, u mamy fajnie, ale u taty lepiej bo po drugiej stronie siedzenia (na przeciwko) i na odwrót :)
Ale daliśmy radę, w końcu to tylko godzinka.


Przy wyjściu z PKP Gdańsk Śródmieście naszym oczom ukazuje się galeria Forum Gdańsk. Postanawiamy skorzystać i ogarnąć w cywilizowanych warunkach naszą Dziewczynkę.
A, że Klara nie jadła i nie spała od wyjazdu z willi, to pomyśleliśmy, że jeszcze coś przekąsi i zaśnie.

Gdańsk Główne Miasto.
Bez większego problemu dotarliśmy pod Ratusz, udało się nam wcisnąć pod Neptuna, żeby zrobić sobie zdjęcia. Nad głowami coraz mocniej grzmiało, w ułamku sekundy z nieba zaczęły spadać ogromne krople, a po chwili porządny deszcz.
Byliśmy w drodze do Bazyliki Mariackiej.
Schroniliśmy się w jednej z bram dopóki ulewa nie zmieniła się w lekki deszczyk.
Niestety, Bazylika w remoncie. Trwają prace konserwatorskie :( i ciągle trzeba było coś omijać, obchodzić..oprócz tego oczywiście tłum ludzi. Klarutek na szczęście słodko spał.



Następnie obraliśmy kierunek: SPICHLERZE i Żuraw.
I tam przeżywamy mega szok! Jarmark Dominikański. I pierdyliard ludu, przecisnąć się z wózkiem graniczyło z cudem, szłam pierwsza i tylko "przepraszam, przepraszam" a mąż z wóżkiem za mną hehe. Udało się, przeszliśmy na drugą stronę i swobodnie sobie spacerowaliśmy.
W międzyczasie obudziła się Klara, udało się nam zrobić kilka wspólnych pamiątkowych zdjęć z nieśpiącym Bobasem.

Po spacerku przyszedł czas na obiadek, stanęło na..pizzerii, bo tylko tam były wolne miejsca i krzesełka dla dzieci. Jednak o przewijaku zapomnieli chyba :/

Podróż powrotna.
Później jeszcze niewielki spacerek w okolicy Neptuna i powoli zbieraliśmy się na pociąg powrotny do Redy.
W pociągu oczywiście ciągle nas ciągnęła żeby z nią chodzić, a to tak słabo, bo ciężko było nam równowagę utrzymać.
Ale! zauważyliśmy, że Klara już coraz bardziej zwraca uwagę na to, co jest za oknem. Jak się Jej pokaże albo zwróci uwagę to się skoncentruje :D


W samochodzie z Redy do Władysławowa Klara zasnęła. Na chwilkę przebudziła się w pokoju przy rozbieraniu z ubrań i przebieraniu w piżamkę.

Kolejne miasto (chociaż częściowo) zwiedzone.
Następny dzień to Westerplatte i Malbork - czyli powrót do Poznania.

19 sierpnia 2019

Sopot z niemowlakiem

Wyjeżdżamy chwilę po śniadaniu.
Tym razem na cel bierzemy Sopot.
A w zasadzie na początek Opera Leśna!

Dzień wcześniej sprawdziliśmy sobie, czy jest możliwość zwiedzania Opery Leśnej i jakie godziny obowiązują.
Ponieważ akurat w czasie naszych wakacji odbywały się tam koncerty i kabarety, należało sprawdzić jak ze wstępem.
Okazało się, że wstęp jest od 12tej - 14tej!

Droga długa, Klara trochę spała, trochę się bawiła ze mną.
Daliśmy radę.
Tuż pod Operą Leśną jest parking. Rano było pusto!
Tym razem również brałam ze sobą nosidełko, ponieważ byłam pewna, że nie będzie gdzie zostawić wózka.
Tzn jak się później okazało, wózki zostawały przy wejściu, gdzie jest ochrona i kasa, ale nie wiedziałam jaką mam gwarancję, że Klary pojazd jeszcze będzie stał.
Nosidełko nas nie ograniczało.

Klara za wstęp nie zapłaciła nic.
My z Krzyśkiem po 7zł.
Na okienku w kasie biletowej była informacja, że garderoby również można zwiedzać, ale wstępu na scenę nie ma (wieczorem były kabarety, rano był montaż sceny i oświetlenia).

Bez problemu pochodziliśmy po trybunach.
Gdy ja byłam w Operze za dzieciaka, dach był pomarańczowy :P
Teraz jest śliczny biały dach. A krzesełka są drewniane i pojedyncze :)
Obeszliśmy ile się dało, ale w związku z ogromnym hałasem (próby dźwięku) nie spędziliśmy tam dużo czasu. My jak my, ale przecież mieliśmy maluszka na pokładzie i to o jej uszka się obawialiśmy.

Na koniec wizyty w Operze Leśnej szybkie przewijanie w toalecie (jest przewijak!), próby karmienia malucha słoiczkiem (ale wszystko inne taaaakie ciekawe!) i idziemy dalej. Tym razem Klara już na
nóżkach z tatusiem.



Taką Operę Leśną pamiętam...
zdjęcia: Internet


Po drodze do Opery i z Opery mijamy..Góralską Chatę w Sopocie :D
A, że było pusto.. i pora obiadowa.. postanawiamy zajść i zjeść. Tym bardziej, że Klara pod Operą jeść nie chciała, a do molo w Sopocie (gdzie zmierzaliśmy po Operze Leśnej) mieliśmy spory kawałek.
Obiad był przepyszny! Jak Klara zjadała moje gołąbki, tego jeszcze nie grali :P
I pobawiła się kamieniami :D
I przede wszystkim - mieliśmy krzesełko dla Maluszka! I obsługa była mega szybko! To lubimy!

Następnie wróciliśmy na parking, zostawiliśmy nosidełko w samochodzie, a zabraliśmy wózek.
I stamtąd już prościutko do centrum i na słynne sopockie molo!
Po drodze przejścia dla pieszych..podziemne, całe szczęście były podjazdy, bo schodów sporo! przejścia pod torami (windy! uf!) i jesteśmy na Monciaku!
A potem cudowny Dom Zdrojowy, no i molo!
W międzyczasie pogoda się zrobiła...upalna wręcz! 

Nasza Mała Podróżniczka już przegląda mapę!
Tzn Klara prowadziła nas na molo :P

Kupiliśmy bilety i wio!

Klara trochę poraczkowała tuż po wejściu na molo sopockie, później trochę ze mną, trochę z Krzyśkiem spacerowała na swoich nóżkach (trzymana oczywiście za rączki). Taki szał, że hej! no dziecko jak ze smyczy spuszczone :P
Ale podobało się jej bardzo i nie było dzikich tłumów, więc mogła tuptać.
Przeszliśmy do końca spacerkiem i tak samo wróciliśmy. Po drodze oczywiście pamiątkowe fotki.




Następnie zdecydowaliśmy się...pójść do Żabki, bo Brzdącowi zabrakło picia :D 

A później spacerem po najbliższej okolicy molo i doszliśmy do zejścia na plażę. Tam Klara spała już w wózku. A po pobudce miałyśmy pierwszy fizyczny kontakt z plażą i morzem.

Bardzo się Klarci spodobała woda.
Mogłaby biegać i biegać! 
A była przyjemnie chłodna, nie lodowata!

I gdyby nie to, że było dość późno (a u nas z reguły 21:00 to czas w którym kąpiemy i usypiamy naszą Dziewczynkę), zdecydowaliśmy się nie szaleć i nie zostawać nie wiadomo jak długo, bo jeszcze ponad godzina jazdy do Władysławowa przed nami.

Po drodze jeszcze drugi obiadek zjedliśmy, ale nie był tak pyszny jak ten ranny (góralski, domowy).
Klara prawie wcale nie chciała tam jeść tego co my, dostała więc kaszkę swoją ulubioną.

W drodze do willi, w której mieszkaliśmy, znowu miałam trochę zabawiania i trochę drzemkowania Maluszka.


Następne dni to włóczenie się po Władysławowie, plażing i ogółem odpoczynek.
W kolejce do zwiedzenia podczas tych wakacji: Gdańsk i Malbork!

14 sierpnia 2019

Hel z niemowlakiem

Hel, nasze pierwsze zwiedzanie (jeszcze) z niemowlakiem.
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!

Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.

Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.


Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P

Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).

Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.

Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?

Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.

Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.



I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).

Następny dzień, kierunek SOPOT!

20 grudnia 2017

Santorini cz.4

Dzień jedenasty.
Wycieczka zorganizowana przez biuro podróży.
Athinios - gorące siarkowe źródła na Palea Kameni - wulkan Nea Kameni - Thirassia - rejs wokół kaldery - Athinios


Po wczorajszej objazdówce nie ma czasu na leniuchowanie o poranku.
Pobudka już przed 7mą, nie ma śniadania (jest o 8:00 a my wyjeżdżamy 7:50 spod hotelu) więc trzeba zjeść to, co się kupiło wczoraj na mieście.
Niestety, w hotelu nie wiedzą co to tzw "suchy prowiant". Ale to nic. Co nas nie zabije.. ;) od czego są markety.

Pod hotelem wsiadamy w autokar, który po zebraniu wszystkich uczestników wiezie nas do portu Athinios.
Port ten jest głównym portem promowym na całym Santorini, leży 10km na południe od Firy.
Jest to też jedyny port łączący Santorini z Pireusem.
Z portu i do portu prowadzi zygzakowata droga. Momentami serce w gardle mieliśmy jak kierowca zasuwał po tych serpentynach. Ale Grecy się tym w ogóle nie przejmują ;)

Po wyjściu całą grupą wraz z rezydentką czekaliśmy aż przypłynie po nas statek.

Pierwszym przystankiem były ciepłe źródła przy wysepce Palea Kameni.
Wszędzie były informacje o tzw "gorących źródłach", jednak z doświadczenia wiemy, że gorące są na prawdę gorące. Te tutaj były..hmm lekko ciepłe ;)
W przewodniku później znajdujemy informację, że temperatura źródełka to tylko +5st więcej niż normalnie morza :) Ups.. przereklamowane hasło "gorące".
Po przypłynięciu na miejsce statek zacumował blisko źródełek. Stamtąd się już płynęło samodzielnie do ciepłych wód.
Wraz z nami w sumie płynęło tylko 5 osób. Reszta sobie podarowała poranną kąpiel.
Niestety, woda była lodowata (jeszcze tam słoneczko nie dotarło, dopiero 9ta godzina).
Nawet ciepłe źródła nas nie ogrzały.
Przy źródełkach siarkowych mieszka Pustelnik. Krążą pogłoski, że nieszczęśliwie się zakochał, uciekł z Satorini i tam sobie mieszka wraz z psem.
Nie powiem żeby miał tam fajnie, jak miliony ludzi codziennie mu tam przypływa ;)
W chwili gdy dopłynęliśmy do źródełka owy pan wyszedł i..coś wlewał do morza! ble! ;)

Chwila na fotki, na próby ogrzania się i wracaliśmy na statek.


Znajomi byli tydzień wcześniej i ostrzegali nas, że daleko się płynie ze statku do źródełek.
Specjalnie na tą "okazję" kupiliśmy makaron, żebym i ja (słaby amator pływak) mogła dotrzeć do źródełek. Jak się okazało na miejscu, odległość była tak niewielka, że nawet się nie zmęczyłam!
I makaron nie był potrzebny zupełnie.

Po powrocie na statek przebraliśmy się w ubikacji i popłynęliśmy do następnego celu.

Krater wulkanu - Nea Kameni.
Na wulkanie jesteśmy sami! Tylko nasza wycieczka! Nie ma (jeszcze) innych turystów.
Dlatego wyjeżdżaliśmy jako pierwsi. Podobne wycieczki można kupić u lokalnych sprzedawców, ale wyjazdy są po godzinie 10:00. Więc wtedy są wszyscy naraz w jednym miejscu.

Po zejściu ze statku wraz  rezydentką idziemy kawałek w górę i tam w pierwszym widokowym punkcie po krótkim opowiedzeniu nam historii miejsca i całego wulkanu, dalej idziemy sami.
Mamy 1,5 godziny na swobodne buszowanie po samym kraterze wulkanu!


W niektórych miejscach wydobywa się siarka, smrodek. Wulkan cały czas jest aktywny.
Ostatnia erupcja miała miejsce w roku 1950r.
Wyspa ma ok 2km średnicy. Uformowała się na skutek wybuchów wulkanu.

Na spacer po wulkanie należy mieć porządne obuwie, ścieżka jest kamienista, często gorąca i nierówna.
Z brzegów Nea Kameni jest niezapomniany widok na okoliczne wysepki ale i kalderę.


Po wejściu na statek płyniemy na Thirassię.
Tutaj mamy 2 godziny na: plażowanie, obiad lub spacer lub co kto woli ;)
Jeszcze na statku decydujemy się w te dwie godziny podbić Thirassię! Być tam i widzieć tylko kilka knajpek i port?! co to, to nie!


Po zejściu ze statku informujemy tylko rezydentkę, że idziemy na górę (Thirassia jest podobnie jak Fira czy Oia oddzielona schodami od portu).
Dowiadujemy się, gdzie mamy czekać po zejściu itp i ruszamy.
Na pierwszy ogień kupujemy sobie lody (żeby ten cukier nam dodał energii) i pędzimy!
Nie mam pojecia ile schodów było do góry, ale nie były aż tak strome jak np w Firze i w miarę długie. Co zakręt robiliśmy sobie kilkuminutowy przystanek. Wchodziliśmy jakieś 25min. Sprawdziłam nawet na zdjęciach, dla pewności :) Wraz z nami wchodziła jeszcze jedna para, oni mieli lepszą kondycję i w ogóle się nie zatrzymywali! :O
Ale jak się później dowiedzieliśmy, byli to wytrawni podróżnicy, którzy nie jedno miejsce schodzili wzdłuż i w szerz na nogach :)


Na górze jest stolica wyspy - Manolas. W zasadzie prowadzi przez nią jedna główna ścieżka. Wyspa jest zamieszkała, ale o 12-tej w południe było pusto totalnie. Nawet śpiące kociaki były wręcz zdziwione naszą obecnością.
W knajpce z przecudownym widokiem siedział sobie starszy pan i szykował wszystko na przybycie klientów. Proponował nam obiad (np faszerowane papryki, bakłażany - wszystko miał uszykowane do włożenia do pieca), jednak czas nam nie pozwolił. Zanim by się to upiekło + zjedzenie = statek odpływa bez nas. Żeby nie było mu przykro, kupujemy po puszce coli.
Schodzimy też do ubikacji niżej i nie wierzymy w to, co widzimy. Niby zwykła knajpeczka, bez szału, a toalety jak w najlepszych kilkugwiazdkowych hotelach! :) Klimatyzacja, gorąca bieżąca woda, mydełko, pachnące świeżością kabiny (pewnie biedak nie ma co robić i non stop sprząta ;) ).

Trasa, którą przeszliśmy będąc na Thirasii.

Następnie udajemy się na mały obchód miasteczka. 
Głodne kociaki ocierają się o nogi. Wyglądają trochę dziwnie, mamy wrażenie, że każdy z każdym..bo młode wyglądały jak pomieszanie z poplątaniem ;)
No i walczyły o żarcie. Starsza pani wyszła dać im jeść, to prawie się pozagryzały..

20min spacerku w jedną i drugą stronę po miasteczku. Oślepiająca biel domków, zdarzają się też kolorowe. Kościółek i w zasadzie nic więcej. Są sklepy w głębi wyspy, jednak tam nie jest nam dane dotrzeć. Mamy ogromny niedosyt.
Schodzimy bardzo niechętnie. Mielibyśmy ochotę pobyć tu dłużej, na spokojnie. Ale statek nie będzie czekał.


Trasa na dół zajmuje nam 15min.
Zostaje jakieś 5-10min na zrobienie jeszcze kilku zdjęć i nadchodzi czas zbiórki w porcie.
Kilka osób pyta nas gdzie byliśmy, nie mogą uwierzyć, że w te (prawie) 2g, podczas gdy oni siedzieli i jedli obiad, my wyszliśmy - zwiedziliśmy - zeszliśmy.

Z Thirassii kierujemy się już do portu Athinios. Jednak jako jedni z nielicznych mamy okazję jeszcze opłynąć kalderę.
Rejs wzdłuż kaldery rozpoczynamy od Oia i Ammoudi.
Tym razem dane jest nam zobaczyć kapliczkę na wysepce, do której nie udało się nam wczoraj dojść/dopłynąć.


Dalej Imerovigli, Firostefani i Fira.


Następnie mijamy jeszcze posiadłość gwiazd, ukrytą i niedostępną dla turystów i wracamy do portu w Athinios.
Stamtąd autokar zabiera nas ponownie pod hotel.


Resztę dnia spędzamy na plaży pry knajpce "Eanos".


Dzień dwunasty.
Ostatnie pożegnanie: Fira i Oia.

Bardzo nas ciągnie, żeby jeszcze gdzieś pojechać.
Po ostatnich wyprawach mamy jeszcze chęć gdzieś wybyć.
Postanawiamy ponownie pojechać do Firy i Oia.
Czas zakupić pamiątki, zrobić pamiątkowe zdjęcia.
W Firze wpadamy na ulubione lody, spacerujemy po głównej uliczce, delektujemy się jeszcze widkiem kaldery, Nea Kameni.

\

 Następnie jedziemy do Oia i spacerujemy po mieście, kupujemy pamiątki.


W Oia wchodzimy jeszcze w miejsce, gdzie są najsłynniejsze niebieskie kopułki. Dziś nie ma ludzi, można swobodnie robić zdjęcia (pomiędzy sesjami zdjęciowymi ślubnymi innych par).
Owe niebieskie kopułki są trzy obok siebie. I to one osławiają Santorini na całym świecie. We wszystkich przewodnikach, mapach itp czy nawet na produktach spożywczych są one widoczne.
W rzeczywistości, jak wiemy z poprzedniej wyprawy do Oia, kopułek niebieskich tam nie ma za dużo.
Może z 5 maksymalnie ;)


Wracamy do Kamari i kolację jemy nad samym morzem. Tym razem padło na chińszczyznę z pobliskiego chińskiego baru. Trzeba przyznać, że te poznańskie chińszczyzny do tego się nie umywają..
No i można było sobie samemu dobrać składniki, począwszy od makaronu!
Dziś wcześnie idziemy spać, rano pobudka na wschód słońca na plaży!


Dzień trzynasty.
Kamari. Plaża.

Wschód słońca.


Dalej: plażing, leżing, pamiątki, odpoczynek.
Błogie lenistwo.


Wieczór w "Eanos" oczywiście!


Dzień czternasty.
Ostatni dzień na Santorini.
Kamari + powrót do Warszawy.

Po śniadaniu musieliśmy opuścić już nasze pokoje. Mimo, że wyjazd z Kamari jest dopiero
A wylot 23:55, pokoje musimy zwolnić najpóźniej do 10tej rano.
Możemy mieć bagaż w recepcji oraz ręczniki z pokoju. Blisko recepcji jest łazienka (i jak się później dowiedzieliśmy, prysznic), gdzie można się oporządzić przed wyjazdem.

Zabieramy ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i zalegamy na swojej ukochanej plaży w zasadzie od rana aż do 17-tej.



Wracamy do hotelu, oporządzamy się. Ojjj jak ciężko się wcisnąć w długie spodnie i trampki :( Wiemy, że w Polsce pogoda nieciekawa chłodna i deszczowa, więc nie możemy wracać w krótkich spodenkach ;)
Wieczór to pożegnalna greek pizza w "Eanos".
Wracamy do hotelu i ostatnie 2godzinki siedzimy w barze hotelowym i staramy się nie myśleć o powrocie do codzienności..


O 22giej jesteśmy już na lotnisku.
Wszędzie dziki tłum.
Przed wejściem na lotnisko (ze względu na to, że jest maleńkie), służby porządkowe kierują nas w odpowiednie przejścia. Wpuszczane na teren lotniska (do odprawy) są grupki po 10 - 15osób.
Po przejściu na strefę wolnocłową kupujemy picie i kanapkę. W zasadzie oprócz mega tłumu, na lotnisku nic nie ma. Kilka sklepików, ale bardziej z jedzeniem niż z pamiątkami.
Ludzie są wszędzie: siedzą na ławkach, na schodach, pod drzwiami, pod ścianami, na środku na bagażu/kurtkach. Na dworze przed lotniskiem..
Wylatujemy równo o północy i o 3ciej czasu polskiego jesteśmy w Warszawie. 
Po odebraniu bagażu jedziemy do Przyjaciół przespać się kilka godzin, a następnie w drogę do Poznania.




Na koniec jeszcze kilka kadrów hotelu:


Oraz z hotelowej jadalni, gdzie były śniadanka.



To były piękne, romantyczne i niezapomniane wakacje :)


KONIEC

10 grudnia 2017

Santorini cz.3

Dzień siódmy.
Ancient Thira i masyw Mesa Vouno.


Mija połowa naszego urlopu na Santorini.
A przecież dopiero co przyjechaliśmy!

Dziś w planie wejście (na nogach) na Mesa Vouno, które góruje nad naszym Kamari.
Widzimy masyw codziennie z plaży.
Postanawiamy go zdobyć, ale już po zachodzie słońca nad Kamari.
Pogoda robi się bardziej znośna do takich wypraw.

Przed południem oczywiście plażing smażing nicnierobing.


Wyprawa piesza na Mesa Vouno.


Oprócz wody, aparatu fotograficznego, smartfonów, latarki i sticka nic więcej nie jest potrzebne.
Wyprawa wydaje się łatwa, ale nie jest. Droga wiedzie cały czas pod górę. Jest pokryta brukiem, ale bardzo nieregularnym i śliskim. Najpierw jest prosta i łagodna, później zakrętami pnie się w górę.
Plus - nikogo więcej nie ma. Możemy sobie iść swoim (żółwim) tępem, robić przystanki na fotografie.
Podziwiamy Kamari w całej okazałości.
Oglądamy też samoloty..z góry! W pewnym momencie one się zniżają do lądowania a my jesteśmy nad nimi.
Śmieszne uczucie.
Lotnisko jest tuż obok Kamari.

Po drodze (już wyżej) co jakiś czas znajdujemy ławeczki. Można przycupnąć, opocząć.
Można również wjechać tutaj samochodem, ale co to dla nas? Już nie na taki szczyt się wchodziło.


Co kawałek są ostre zakręty pod górę.
Idziemy i idziemy, a góra wciąż przed nami ;)
Kawałek idziemy na skróty odkrytym chodniczkiem pomiędzy drogami.
Ale to już niedaleko i szybko dochodzimy do końca.

Do Ancient Thira nie wchodzimy, ruiny to nie nasza bajka. Gdybyśmy chcieli je zobaczyć, trzeba byłoby przyjść do południa. 
Ale za to widok z Mesa Vouno..jest świetny, jedyny w swoim rodzaju.
Mamy okazję zobaczyć z góry sąsiednie miasteczko, ale żeby do niego się dostać trzeba ową górę objechać, bądź opłynąć.
Ok. 8E/1os water taxi w jedną stronę (Kamari -> Perissa).
Można również zejść z Mesa Vouno w dół "dziką" ścieżką, która jest widoczna z góry.


Spacerujemy, czytamy informacje na tablicach informacyjnych i schodzimy w dół.
Czas upływa niemiłosiernie szybko i obawiamy się, że zastanie nas na górze noc.
Na górze byliśmy sami, więc schodzenie też bez nikogo więcej.
Niby jest latarka, ale.. ;)
A droga w dół jest gorsza niż wchodzenie.
Jest ślisko, co kawałek nogi rozjeżdżają się nam..
No i idziemy ciągle w dół. Nie da się iść szybko.
Latarka jest potrzebna już w połowie drogi.
Ale dajemy radę i w sumie po godzinie jesteśmy już na dole.
Wykończeni wpadamy do ukochanej knajpki na wzmacniającą kolację..sałatkę grecką z pieczywkiem :) mniam! to nam się tutaj nigdy nie znudzi.
Posileni wracamy do hotelu.
Ciekawe czy rano damy radę wstać z łóżka??? haha

Dzień ósmy.
Plaża.

Po wczorajszej wyprawie na Mesa Vouno dziś leżing smażing itp.
Jutro w planach kolejna większa wyprawa, więc trzeba nabrać sił.
W lokalnych marketach można kupić sałatki owocowe na wynos zapakowane w plastikowe pudełka.
Arbuz, melon, winogrona, brzoskwinie. Mniam!

Wieczorem przy kolacji w "Eanos" omawiamy plany zwiedzania wyspy na następne dni.



Dzień dziewiąty.
Imerovigli.

Po śniadaniu zabieramy plecak i jedziemy na podbój Skaros Rock!
Najpierw autobusem do Firy z Kamari, następnie z Firy do Imerovigli


A co!
Kto jak nie my?!
Nie ważne, że żar się z nieba leje, a słońce daje czadu już od samego rana.

Najpierw troszkę spacerujemy po samym miasteczku.
W zasadzie nie ma tutaj czego oglądać, bo miasteczko składa się głównie z luksusowych hotelików i apartamentów.
Większość z tarasami i mini basenami umieszczonymi tuż przy głównej ścieżce prowadzącej na Skaros.
No i z widokiem na kalderę.


Skaros to nic innego jak ruiny zamku z 1207r. Podczas panowania weneckiego znajdował się w stolicy wyspy.
Na Skaros, po zejściu z miasta, prowadzi ścieżka. Początkowo jest beton i fajne, proste schodki, ale z czasem zmienia się trasa w zwykłą wydeptaną ścieżkę.
I tak aż pod samą Skaros.




Docieramy na miejsce i z ulgą chowamy się w jej cieniu.
Krzysiek idzie na rekonesans, żeby sprawdzić, czy da się wyjść na samą górę. Niestety,
bez odpowiedniego obuwia i sprzętu, nie ma na to szans.


Spacerujemy jeszcze wokół, jednak na dół do kapliczki nie schodzimy. Upał bardzo daje się we znaki.

Po wielu fotkach w końcu odklejamy się od Skaros i wracamy do Imerovigli.


Dalej już spacerkiem zmierzamy przez Firostefani do Firy.


Po powrocie w hotelu nabieramy sił, a wieczorkiem oczywiście kolacja w "Eanos".
Tym razem zjadamy "greek pizza" i tzatziki. Omnomnom.
Oczywiście soczek ze świeżych pomarańczy być musi i lokalne piwko także!


Wieczorem w hotelu wynajmujemy na rano samochód. Jutro jednodniowa objazdówka po Santorini.
Chcemy dotrzeć tam, gdzie autobusem miejskim jest ciężko, bądź nie dojeżdża w ogóle.


Dzień dziesiąty.
Objazdówka samochodem:
Perissa - Vlychada Beach - Akrotiri Latarnia - Moni Profitis Ilias - Ammoudi - Oia (zachód słońca).


Po wczesnym śniadaniu o 8ej, zabieramy z pokoju plecak, picie, w recepcji odbieramy dokumenty kluczyki od samochodu i kierujemy się na hotelowy parking.
Zdecydowaliśmy się na małego nissana pixo.
Jako pierwsza na trasie jest Perissa.
Tu w zasadzie tylko "zaglądamy", przechadzamy się głównym deptakiem, nic szczególnego.
Jest ona po drugiej stronie góry Mesa Vouno.


Po drodze mijamy kościół we wsi Ekso Gonia (to ten na powyższym zdjęciu).

Następny przystanek na drodze to przepiękna Vlychada.
Aż brakuje słów by to opisać.
Sama plaża jest dość szeroka i piaszczysto żwirkowa. Swobodnie można po niej chodzić boso.
Morze jest tu dziś mocno wzburzone i mowy nie ma o kąpieli. Nawet przy brzegu nieźle wciąga wgłąb. Próbowałam. Postanowiłam "zanurzyć stópki" no i tak błądziłam aż po kolana a nagle poczułam że jest głębiej..plus fale.
A ja mam w ręku telefon (bynajmniej nie wodoodporny) ze stickiem, torbę i klapki ;)
Cała plaża otoczona jest cudownymi skałami wyrzeźbionymi przez morze, piach i wiatr.
Skały są w dotyku jak sklepowy pumeks! Tutaj swobodnie można sobie zabrać jakąś cząstkę skał na pamiątkę, byle nie było to duże i w drodze do domu włożone do bagażu głównego (można zostać cofniętym na lotnisku z tego powodu).

Część plaży jest ogólnodostępna. Dalsza jej część jest również dostępna, jednak dla naturystów.
W pobliżu są knajpki, jest też port.
Na koniec przy zejściu z plaży i wejściu do restauracji można wielką chochlą (prawie jak na zupę) opłukać stópki.



Po spacerku kierujemy się dalej, ponieważ mamy przed sobą jeszcze trochę zwiedzania.
Kolejny kierunek to Latarnia w Akrotiri.

Droga do Akrotiri szybko mija, zatrzymujemy się w zasadzie tylko raz, by zrobić zdjęcia przecudownych klifów. Nie da się chyba w żaden sposób (na pierwszy rzut oka) na te klify dojść, więc zdjęcia muszą wystarczyć.

Jedziemy dalej. Po drodze mijamy mnóstwo quadów.
Docieramy na parking przy latarni i kawałeczek przechodzimy asfaltową drogą.

Latarnia w Akrotiri.
Sama latarnia urokiem nie powala, ale jest na klifie, z którego rozciągają się cudowne widoki na wyspę. Latarnia jest jedną z najstarszych wybudowanych w całej Grecji.
Pochodzi z 1892r. Nie ma do niej dostępu, jest ogrodzona płotem.

Latarnia morska Akrotiri jest jedną z najstarszych latarni morskich w Grecji i została zbudowana w 1892 roku. Stoi jak wartownik w kierunku południowego półwyspu na wyspie Source: www.greeka.com
Często ludzie stąd podziwiają zachód słońca, które pięknie zmienia kolor latarni od koloru zachodzącego słońca.
Latarnia morska Akrotiri jest jedną z najstarszych latarni morskich w Grecji i została zbudowana w 1892 roku. Stoi jak wartownik w kierunku południowego półwyspu na wyspie Source: www.greeka.com


Tutaj żaden autobus nie dojeżdża, więc transport pozostaje we własnym zakresie.
Zrobić zdjęcie bez ludzi graniczy z cudem, ale udaje się nam.
Podziwiamy widoki, pstrykamy zdjęcia i jedziemy dalej. Tym razem w środek wyspy, a później na północ.

Monastyr Profitis Ilias.
Klasztor pochodzi z 1712 roku. Jego nazwa wzięła się od góry, na której go zbudowano.
Mury wokół klasztoru przypominają wręcz niedostępną fortecę.
Sam klasztor jest bardzo niewielki.
Za to teren wokół klasztoru jest pięknym tarasem z którego podziwiamy panoramę Santorini.
Kiedyś klasztor prowadził szkołę, w której uczono języka greckiego.
Obecnie klasztor posiada wiele ikon, produkują wino, sery, zioła - wszystko można kupić (i degustować) w maleńkim sklepiku obok monastyru.


Po zwiedzeniu monastyru, kierujemy się na północ wyspy do Ammoudi i Oia.
Przejeżdżamy przez Firę i w Vourvoulos zjeżdżamy na Koloumpos (jedziemy "dolną" drugą trasą) oglądając zupełnie nowe oblicze Santorini.
Z jednej strony są pola i jakieś niedokończone budowle, z drugiej również pola, gdzieniegdzie domy i w oddali morze z klifami nie zawsze dostępnymi. W niektórych miejscach nie ma wręcz normalnej drogi. Ale pewnie chwilowo, bo już robią :)
W niektórych miejscach są porobione zejścia do morza, na mini plaże. Jednak są to prywatne posesje i nie ma gdzie nawet wjechać, żeby zrobić zdjęcia i pospacerować.
Kierujemy się na Oia i Ammoudi. Droga jest prosta, znaki są. Zupełnie inaczej niż na Evii ;) gdzie znaków nie było, albo były tak zarośnięte, że niewidoczne.


Ammoudi.
Czyli port, miasteczko poniżej Oia. Można do niego zejść schodami z miasta (300), jak również przyjechać samochodem.
Autko zostawiamy mniej więcej w połowie drogi na dół, gdyż nie ma tam miejsca na parkowanie. Zostaje w pierwszym wolnym miejscu ;)


Na dół idzie się super, szybciutko docieramy do miasteczka usytuowanego wręcz nad samą wodą.
Dziś morze wzburzone i przejście bierzemy na kilka razy, by nie zostać kompletnie mokrym od fal.
Nawet knajpki mają stoliki nad samą wodą, teraz jednak są puste ;)
Za restauracyjkami prowadzi szlak, można zrobić cudne zdjęcia.
Oprócz tego w pewnym momencie ma się widok na mini wysepkę z kościółkiem wręcz w skałach.
Stamtąd można swobodnie wskoczyć do wody i przepłynąć ten kawałek do wysepki. Niestety, dziś morze jest zbyt wzburzone. Tylko nieliczni wskakują i przepływają ten kawałeczek.
Niestety, z naszej pozycji nie widać kościółka.


Spacerujemy, robimy fotki i wracamy do samchodu.
Wyjeżdżamy w górę i na pierwszym parkingu tuż przed wejściem do miasta (od dołu) zostawiamy samochód.

Czas na Oia i słynny zachód słońca. Na który czekamy 2godziny.
Ludzi tyle, że otwieramy wręcz usta ze zdumienia.
W międzyczasie udało nam się zjeść przepyszne lody w najsłynniejszej lodziarni w Oia - Lolitas.
No niebo w gębie. Będąc w Oia koniecznie trzeba tam zajść.

Wszelkie restauracje i knajpki są zarezerwowane na "oglądanie zachodu słońca". Koniecznie trzeba być wcześniej, dobre 30min szukaliśmy miejsca.
Mowy nie ma aby coś zjeść. Tarasy wypełnione po brzegi ludźmi, uliczki również, autokary jeden za drugim podjeżdżały i zostawiały turystów.
Koniec końców przy dworcu autobusowym kupujemy kanapki i idziemy szukać lokum. Które znajduję ja.
Gdzieś pomiędzy restauracjami, na jednej z uliczek przy murku stał tłum, ale były tzw "wolne miejsca" i udało nam się wcisnąć. Ale 2g oczekiwania po całym dniu zwiedzania robiło swoje.


Co ciekawe, słyszeliśmy wielu Polaków! :)
Natomiast wycieczki zorganizowane (np z biur podróży) szły w konkretne miejsca (spotkaliśmy panią rezydentkę naszą i to ona nam powiedziała, gdzie zaprowadziła grupę ;) ).

Zachód słońca magiczny...


Gdy słoneczko się schowało, zaczęliśmy wraz z tłumem wracać na parking.
Wyjazd z parkingu graniczył z cudem. W dodatku zostaliśmy zablokowani przez inny samochód i koniec końców Krzysiek przechodził od strony pasażera. Bo nie wiadomo do której byśmy stali i czekali na osobnika z samochodu obok.
Wyjazd to wręcz horror. Tłum ludzi, każdy idzie w inną stronę i.. nikt! ale to nikt nie patrzy czy jedzie samochód czy nie. Wygląda to tak, jakby to kierowcy mieli uważać na pieszych bo piesi tego nie robią. Zanim wydostaliśmy się z Oia minęło ok.45min.


Późnym wieczorem zostawiliśmy samochód na parkingu hotelowym.
Nie wiem, czy nie lepiej byłoby pojechać do Akrotiri na ten zachód słońca ;) Może nie byłoby takich tłumów...