Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hotel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hotel. Pokaż wszystkie posty

11 grudnia 2019

Budapeszt z roczniakiem - powrót do domku

Autobus powrotny - z miasta na lotnisko - zatrzymuje się na przystanku Kalvin Ter. Po drodze mijamy jeszcze Węgierskie Muzeum Narodowe. Nie mieliśmy czasu by zajrzeć. Budynek zawsze oblegany przez sporą ilość osób, gdy obok przechodziliśmy.

Na przystanku czeka sporo osób, włącznie z tymi, z którymi przylecieliśmy do Budapesztu :)
Autobus zatrzymuje się, wchodzi pani z obsługi, wskazuje nam miejsce dla wózka.
Tym razem nie jest to miejsce siedzące, całe 30min jazdy na lotnisko zabawiamy Klarcię na zmianę, ona chciałaby wszystko widzieć i chodzić..

Na lotnisku wszystko gładko przeszło, byliśmy w wc gdzie udało się naszego Brzdąca ogarnąć na przewijaku.
Zjadamy pyszną kanapkę i kierujemy się do bramek. Tam dosyć sporo osób, zamieszanie, ja z Klarą pierwszeństwo, Krzysiek został...zdecydowanie na to trzeba mieć więcej czasu zarezerwowanego.
My byliśmy na styk i okazało się, że na zakup większych pamiątek nie było już czasu :(
Przede wszystkim - jeśli coś sobie upatrzycie na mieście podczas zwiedzania, nie kupujcie tego później na lotnisku. Kupcie to od razu. Ja oczywiście myślałam, że po drodze na autobus będą jeszcze sklepiki z pamiątkami i tam zakupię upominek z wakacji dla Klarci.
A guzik! Sklepy niektóre zamknięte..czasu do odjazdu autobusu niewiele.
No i na wolnocłowej okazało się, że moja pamiątka dla córci kosztuje 3x tyle co na mieście... oczywiście Polak mądry po szkodzie ;)

Poza tym, wyjście ze strefy wolnocłowej aż na płytę lotniska trwa chyba z 10-15min włącznie z kontrolą dokumentów przy wyjściu na płytę lotniska.
Ze względu na remont lotniska, ścieżki są wyznaczone i dość daleko trzeba iść. Nikt nie wozi busami. Nie jest łatwo, bo Klara nie chce siedzieć w wózku, Krzysiek ją niesie, a ja wiozę wózek z bagażem... Na lotnisku pod samolotem trzeba to wyjąć, poskładać i zabezpieczyć wózek..oj jest co robić, a ludki już w samolocie...

Lot przebiegł nam spokojnie, Klara troszkę chodziła po samolocie, troszkę wyglądała przez okno.
Mieliśmy trzy siedzenia dla siebie. Idealnie.
W połowie podróży Klarusia była zmęczona już, trochę popłakiwała, marudziła aż w końcu zasnęła w nosidełku ale na fotelu ;) już było za późno by iść do toalety :)




Za to powrót do domku z lotniska Ławica trwał ponad godzinę.. piątek..popołudnie..korki, korki, korki. Brutalne zderzenie z rzeczywistością oraz chłód i smog, którego w Budapeszcie nie było.

Welcome Home ;)

To była fajna przygoda!

30 listopada 2019

Budapeszt z roczniakiem - zwiedzanie cz.2


Środa wita nas cudownym słońcem i ciepłem!!! Taką pogodę zapowiadali na cały nasz pobyt w chwili kupowania biletów...ja również odsyskuję energię.

Po pysznym śniadaniu szybko się zbieramy i lecimy podbijać Budapeszt.

Pogoda tak piękna, że momentami chodzimy tylko w bluzach!

Tym razem idziemy prosto w kierunku Mostu Elżbiety i dalej - na Górę Gellerta.



Góra Gellerta
Po przestudiowaniu przewodnika wiemy już skąd zacząć - od schodów przy nieczynnej fontannie ;) Jak się później okazało, kolejne wejście jest przy Moście Wolności (na lewo od Mostu Elżbiety, przy hotelu Gellert; my szliśmy w prawo). Z tej strony jest też plac zabaw. Ale to nic,
daliśmy radę.


Klara ląduje w nosidle na mnie, Krzyś zabiera torbę od wózka i złożony wózek.

No i wio za ludźmi do góry.

Po prostu idziemy. Klara częściowo nawet tupta na własnych nóżkach!

Jak trzeba, wnosimy po schodach wózek razem z Klarą.

Jest piękna jesień. Choć droga śliska momentami, bo wczoraj padało więc liście mokre.
Pomiędzy liśćmi dostrzegamy panoramę miasta.



Na górze spotykamy kilku ciekawych panów, którzy naciągają turystów na grę w ukryte kostki pod kubkiem. Przy okazji udawali, że się nie znają, srata tata, byle zabujać turystów.
Sporo osób dawało się nabrać na ich zagrywki tracąc przy okazji kasę.


Jest tam świetny punkt widokowy na najpiękniejszą część Budapesztu - Dunaj, Most Łańcuchowy, Parlament i Wzgórze Zamkowe.

Kawałeczek dalej są kawiarenki, dwa kramiki z pamiątkami. Idąc jeszcze dalej znajdujemy właściwe miejsce - pomnik Wolności. Dalej oglądamy cudowną panoramę miasta i kierujemy się w dół.
W przeciągu kilku minut pogoda zaczyna się zmieniać, nadciągają chmury i o 14tej nie ma już śladu po przepięknej wczesnojesiennej pogodzie.

Pogoda się zaczęła zmieniać zaczyna mżyć, spędzamy jeszcze troszkę czasu na małym placyku zabaw. I kierujemy się, mimo wszystko, pod Wzgórze Zamkowe.




Wzgórze Zamkowe i Zamek Królewski
Po zabawie na placu zabaw zmierzamy do historycznej kolejki. Po wykupieniu biletów wchodzimy i od razu ruszamy kolejką w górę. Klara nie śpi, biorę ją na ręce i patrzymy we dwie na panoramę Budapesztu.
Szybciutko jesteśmy na górze, pada już deszcz.
Rzucamy okiem na ogrody, tarasy i spacerujemy po okolicy póki nie leje się nam na głowy. Klara tupta na nóżkach, zwiedza każdy kąt.


Kierujemy się pod Pałac Sandorów, troszkę spacerujemy, ale pada coraz bardziej. Szukamy schronienia i ciepłego obiadu, znajdujemy go w knajpce tuż obok poczty.

Udaje się nam przewijąć, nakarmić (jest dostęp do mikrofali, można odgrzać słoiczek!) i uśpić Klarę. Sami zjadamy gulasz, ale wcale najlepszy nie jest :/
Dobrze, że bobo nie jadło.

Całe wzgórze zamkowe jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.



Następnie w deszczu kierujemy się do Kościoła św Macieja.
Przed kościołem stoi Kolumna Św. Trójcy na Placu Św. Trójcy.


Bilety kupujemy w kasie obok kościoła. Maluch bezpłatnie oczywiście wchodzi.

Po zwiedzeniu dołu można wejść na górę i zobaczyć mini muzeum.

Wygląd obecny kościoła pochodzi z 1970 roku. Wewnątrz podziwiamy piękne freski, zdobienia.. łuki i ogromne okna z witrażami.
Przede wszystkim zewnętrzny dach kościoła sw Macieja jest świetny, nietypowy, jednak przy pochmurnej ulewnej pogodzie nie przyglądamy mu się długo ;)



Po zwiedzeniu kościoła, kierujemy się na Basztę Rybacką, a tam..tłum! Kolejka ludzi stoi aż na placu poniżej schodów.

Nie decydujemy się wchodzić, ze względu na śpioszka w wózku.

Spacerujemy i podziwiamy przepiękną panoramę Budapesztu (w tym Parlament) w wieczornym oświetleniu i wracamy pod zamek.

Tam jeszcze sama (wózek po kocich łbach nie daje rady, a Klara śpi) robię spacer wokół dziedzińca zamkowego.
Podziwiam fontannę przedstawiająca polowanie króla Macieja Korwina. Budowa fontanny zakończyła się w 1904 roku i była częścią prac rekonstrukcyjnych Zamku Królewskiego.
Niestety, fontanną jest z nazwy, bo wody nie ma ani grama w niej ;) może latem woda jest?

Wieczorem zamek jest przepięknie oświetlony.


Po powrocie do Krzyśka i Klary decydujemy się (już wyspanej) zjechać na dół i powolutku spacerem (przestało padać!) wróciliśmy Mostem Łańcuchowym pod Bazylikę.

Stamtąd podeszliśmy na tradycyjnego langosza do małej budki, ale bardzo polecanej.
Głównymi składnikami ciasta na langosza są mąka pszenna, drożdże, gotowane utłuczone ziemniaki, mleko, cukier, sól i olej. Formowany jest placek ala pizza i siup do głębokiego tłuszczu. Na to dodatki - sos czosnkowy, ser a reszta wg uznania - co kto lubi.
Zjedliśmy jeden na spółkę i już. Nie powaliło nas na kolana. Dobre, ale nie żeby się tym ciągle obżerać.
Wydawało się ze wszystko spoko. Poszliśmy spać, a dopiero nad ranem umieraliśmy...
Jak dobrze, że Klara nie jadła...

                     Koniec części 2.

8 października 2019

Łagów, październik 2019

Będąc w drodze do Zielonej Góry, "zboczyliśmy"trochę z trasy i wybraliśmy się do Łagowa. Miasteczko ma cudowne tereny - jeziora wręcz wlewają się do środka. Niektóre domy mają mini przystanie nad samym jeziorem.

W Łagowie jest też Zamek Joannitów, a aktualnie hotel. Ale jest również wieża widokowa, z której widoki są niesamowite. Nawet teraz jesienią, ale przy ładnej pogodzie pięknie kolorowe drzewa wyglądają.

Wyszliśmy na wieżę z naszym 13mc Brzdącem! Jednak bez nosidełka dla takiego malucha się nie obejdzie.
Wieża już przy samym szczycie ma wąskie kręte schody, albo bardzo strome. Żeby się trzymać potrzeba obu rąk, a gdzie tu jeszcze Malucha trzymać?
Wstęp na wieżę 5 zł. Poza sezonem letnim jest najczęściej do 16tej otwarte.

Żeby się dostać do wieży, trzeba przejść cudowny dziedziniec! Pod wieczór jest chyba ładniej niż w dzień! Jeszcze nie widziałam takiego dziedzińca, po ścianach którego wiły by się roślinki!

Widoki piękne! Nawet nie wiało na górze!
Zresztą, zobaczcie sami!!



Po zejściu, trafiamy do ślicznej restauracji, bardzo klimatycznej. A z niektórych okien widać jezioro!
Dziedziniec był szykowany na wesele, więc tylko podziwialiśmy z daleka.
W restauracji wypiliśmy przepyszne herbaty!
Krzysiek z imbirem i cytryną oraz miodem, ja owocową (a nie pijam owocowych!) I też z miodkiem. Co ważne! Miód z okolicy! *_*



Zjedliśmy bardzo dobry obiad i poszliśmy na spacer.
Jednak okolice zamku są w remoncie i nie ma dostępu do jeziora. Za to w przyszłym roku będzie pięknie!
Jest, wg mapy, ścieżka spacerowa, ale pogoda się bardzo szybko zmieniła, zaczęło padać i nie zdecydowaliśmy się wyruszyć na spacer mając roczne dziecko.
W sezonie letnim myślę, że byłoby cudownie!
Są tutaj też kempingi (choć podobno ceny są wysokie). Generalnie w październiku wszystko zamknięte.

Weszliśmy jeszcze do kościółka obok zamku i na tym zakończyliśmy wycieczkę.
Godzinę później nadciągnęła ulewa i cieszyliśmy się, że jednak rozsądek wygrał i nie poszliśmy na ten spacer...



Koniecznie musimy się tam wybrać wiosną albo latem 😍!

10 grudnia 2017

Santorini cz.3

Dzień siódmy.
Ancient Thira i masyw Mesa Vouno.


Mija połowa naszego urlopu na Santorini.
A przecież dopiero co przyjechaliśmy!

Dziś w planie wejście (na nogach) na Mesa Vouno, które góruje nad naszym Kamari.
Widzimy masyw codziennie z plaży.
Postanawiamy go zdobyć, ale już po zachodzie słońca nad Kamari.
Pogoda robi się bardziej znośna do takich wypraw.

Przed południem oczywiście plażing smażing nicnierobing.


Wyprawa piesza na Mesa Vouno.


Oprócz wody, aparatu fotograficznego, smartfonów, latarki i sticka nic więcej nie jest potrzebne.
Wyprawa wydaje się łatwa, ale nie jest. Droga wiedzie cały czas pod górę. Jest pokryta brukiem, ale bardzo nieregularnym i śliskim. Najpierw jest prosta i łagodna, później zakrętami pnie się w górę.
Plus - nikogo więcej nie ma. Możemy sobie iść swoim (żółwim) tępem, robić przystanki na fotografie.
Podziwiamy Kamari w całej okazałości.
Oglądamy też samoloty..z góry! W pewnym momencie one się zniżają do lądowania a my jesteśmy nad nimi.
Śmieszne uczucie.
Lotnisko jest tuż obok Kamari.

Po drodze (już wyżej) co jakiś czas znajdujemy ławeczki. Można przycupnąć, opocząć.
Można również wjechać tutaj samochodem, ale co to dla nas? Już nie na taki szczyt się wchodziło.


Co kawałek są ostre zakręty pod górę.
Idziemy i idziemy, a góra wciąż przed nami ;)
Kawałek idziemy na skróty odkrytym chodniczkiem pomiędzy drogami.
Ale to już niedaleko i szybko dochodzimy do końca.

Do Ancient Thira nie wchodzimy, ruiny to nie nasza bajka. Gdybyśmy chcieli je zobaczyć, trzeba byłoby przyjść do południa. 
Ale za to widok z Mesa Vouno..jest świetny, jedyny w swoim rodzaju.
Mamy okazję zobaczyć z góry sąsiednie miasteczko, ale żeby do niego się dostać trzeba ową górę objechać, bądź opłynąć.
Ok. 8E/1os water taxi w jedną stronę (Kamari -> Perissa).
Można również zejść z Mesa Vouno w dół "dziką" ścieżką, która jest widoczna z góry.


Spacerujemy, czytamy informacje na tablicach informacyjnych i schodzimy w dół.
Czas upływa niemiłosiernie szybko i obawiamy się, że zastanie nas na górze noc.
Na górze byliśmy sami, więc schodzenie też bez nikogo więcej.
Niby jest latarka, ale.. ;)
A droga w dół jest gorsza niż wchodzenie.
Jest ślisko, co kawałek nogi rozjeżdżają się nam..
No i idziemy ciągle w dół. Nie da się iść szybko.
Latarka jest potrzebna już w połowie drogi.
Ale dajemy radę i w sumie po godzinie jesteśmy już na dole.
Wykończeni wpadamy do ukochanej knajpki na wzmacniającą kolację..sałatkę grecką z pieczywkiem :) mniam! to nam się tutaj nigdy nie znudzi.
Posileni wracamy do hotelu.
Ciekawe czy rano damy radę wstać z łóżka??? haha

Dzień ósmy.
Plaża.

Po wczorajszej wyprawie na Mesa Vouno dziś leżing smażing itp.
Jutro w planach kolejna większa wyprawa, więc trzeba nabrać sił.
W lokalnych marketach można kupić sałatki owocowe na wynos zapakowane w plastikowe pudełka.
Arbuz, melon, winogrona, brzoskwinie. Mniam!

Wieczorem przy kolacji w "Eanos" omawiamy plany zwiedzania wyspy na następne dni.



Dzień dziewiąty.
Imerovigli.

Po śniadaniu zabieramy plecak i jedziemy na podbój Skaros Rock!
Najpierw autobusem do Firy z Kamari, następnie z Firy do Imerovigli


A co!
Kto jak nie my?!
Nie ważne, że żar się z nieba leje, a słońce daje czadu już od samego rana.

Najpierw troszkę spacerujemy po samym miasteczku.
W zasadzie nie ma tutaj czego oglądać, bo miasteczko składa się głównie z luksusowych hotelików i apartamentów.
Większość z tarasami i mini basenami umieszczonymi tuż przy głównej ścieżce prowadzącej na Skaros.
No i z widokiem na kalderę.


Skaros to nic innego jak ruiny zamku z 1207r. Podczas panowania weneckiego znajdował się w stolicy wyspy.
Na Skaros, po zejściu z miasta, prowadzi ścieżka. Początkowo jest beton i fajne, proste schodki, ale z czasem zmienia się trasa w zwykłą wydeptaną ścieżkę.
I tak aż pod samą Skaros.




Docieramy na miejsce i z ulgą chowamy się w jej cieniu.
Krzysiek idzie na rekonesans, żeby sprawdzić, czy da się wyjść na samą górę. Niestety,
bez odpowiedniego obuwia i sprzętu, nie ma na to szans.


Spacerujemy jeszcze wokół, jednak na dół do kapliczki nie schodzimy. Upał bardzo daje się we znaki.

Po wielu fotkach w końcu odklejamy się od Skaros i wracamy do Imerovigli.


Dalej już spacerkiem zmierzamy przez Firostefani do Firy.


Po powrocie w hotelu nabieramy sił, a wieczorkiem oczywiście kolacja w "Eanos".
Tym razem zjadamy "greek pizza" i tzatziki. Omnomnom.
Oczywiście soczek ze świeżych pomarańczy być musi i lokalne piwko także!


Wieczorem w hotelu wynajmujemy na rano samochód. Jutro jednodniowa objazdówka po Santorini.
Chcemy dotrzeć tam, gdzie autobusem miejskim jest ciężko, bądź nie dojeżdża w ogóle.


Dzień dziesiąty.
Objazdówka samochodem:
Perissa - Vlychada Beach - Akrotiri Latarnia - Moni Profitis Ilias - Ammoudi - Oia (zachód słońca).


Po wczesnym śniadaniu o 8ej, zabieramy z pokoju plecak, picie, w recepcji odbieramy dokumenty kluczyki od samochodu i kierujemy się na hotelowy parking.
Zdecydowaliśmy się na małego nissana pixo.
Jako pierwsza na trasie jest Perissa.
Tu w zasadzie tylko "zaglądamy", przechadzamy się głównym deptakiem, nic szczególnego.
Jest ona po drugiej stronie góry Mesa Vouno.


Po drodze mijamy kościół we wsi Ekso Gonia (to ten na powyższym zdjęciu).

Następny przystanek na drodze to przepiękna Vlychada.
Aż brakuje słów by to opisać.
Sama plaża jest dość szeroka i piaszczysto żwirkowa. Swobodnie można po niej chodzić boso.
Morze jest tu dziś mocno wzburzone i mowy nie ma o kąpieli. Nawet przy brzegu nieźle wciąga wgłąb. Próbowałam. Postanowiłam "zanurzyć stópki" no i tak błądziłam aż po kolana a nagle poczułam że jest głębiej..plus fale.
A ja mam w ręku telefon (bynajmniej nie wodoodporny) ze stickiem, torbę i klapki ;)
Cała plaża otoczona jest cudownymi skałami wyrzeźbionymi przez morze, piach i wiatr.
Skały są w dotyku jak sklepowy pumeks! Tutaj swobodnie można sobie zabrać jakąś cząstkę skał na pamiątkę, byle nie było to duże i w drodze do domu włożone do bagażu głównego (można zostać cofniętym na lotnisku z tego powodu).

Część plaży jest ogólnodostępna. Dalsza jej część jest również dostępna, jednak dla naturystów.
W pobliżu są knajpki, jest też port.
Na koniec przy zejściu z plaży i wejściu do restauracji można wielką chochlą (prawie jak na zupę) opłukać stópki.



Po spacerku kierujemy się dalej, ponieważ mamy przed sobą jeszcze trochę zwiedzania.
Kolejny kierunek to Latarnia w Akrotiri.

Droga do Akrotiri szybko mija, zatrzymujemy się w zasadzie tylko raz, by zrobić zdjęcia przecudownych klifów. Nie da się chyba w żaden sposób (na pierwszy rzut oka) na te klify dojść, więc zdjęcia muszą wystarczyć.

Jedziemy dalej. Po drodze mijamy mnóstwo quadów.
Docieramy na parking przy latarni i kawałeczek przechodzimy asfaltową drogą.

Latarnia w Akrotiri.
Sama latarnia urokiem nie powala, ale jest na klifie, z którego rozciągają się cudowne widoki na wyspę. Latarnia jest jedną z najstarszych wybudowanych w całej Grecji.
Pochodzi z 1892r. Nie ma do niej dostępu, jest ogrodzona płotem.

Latarnia morska Akrotiri jest jedną z najstarszych latarni morskich w Grecji i została zbudowana w 1892 roku. Stoi jak wartownik w kierunku południowego półwyspu na wyspie Source: www.greeka.com
Często ludzie stąd podziwiają zachód słońca, które pięknie zmienia kolor latarni od koloru zachodzącego słońca.
Latarnia morska Akrotiri jest jedną z najstarszych latarni morskich w Grecji i została zbudowana w 1892 roku. Stoi jak wartownik w kierunku południowego półwyspu na wyspie Source: www.greeka.com


Tutaj żaden autobus nie dojeżdża, więc transport pozostaje we własnym zakresie.
Zrobić zdjęcie bez ludzi graniczy z cudem, ale udaje się nam.
Podziwiamy widoki, pstrykamy zdjęcia i jedziemy dalej. Tym razem w środek wyspy, a później na północ.

Monastyr Profitis Ilias.
Klasztor pochodzi z 1712 roku. Jego nazwa wzięła się od góry, na której go zbudowano.
Mury wokół klasztoru przypominają wręcz niedostępną fortecę.
Sam klasztor jest bardzo niewielki.
Za to teren wokół klasztoru jest pięknym tarasem z którego podziwiamy panoramę Santorini.
Kiedyś klasztor prowadził szkołę, w której uczono języka greckiego.
Obecnie klasztor posiada wiele ikon, produkują wino, sery, zioła - wszystko można kupić (i degustować) w maleńkim sklepiku obok monastyru.


Po zwiedzeniu monastyru, kierujemy się na północ wyspy do Ammoudi i Oia.
Przejeżdżamy przez Firę i w Vourvoulos zjeżdżamy na Koloumpos (jedziemy "dolną" drugą trasą) oglądając zupełnie nowe oblicze Santorini.
Z jednej strony są pola i jakieś niedokończone budowle, z drugiej również pola, gdzieniegdzie domy i w oddali morze z klifami nie zawsze dostępnymi. W niektórych miejscach nie ma wręcz normalnej drogi. Ale pewnie chwilowo, bo już robią :)
W niektórych miejscach są porobione zejścia do morza, na mini plaże. Jednak są to prywatne posesje i nie ma gdzie nawet wjechać, żeby zrobić zdjęcia i pospacerować.
Kierujemy się na Oia i Ammoudi. Droga jest prosta, znaki są. Zupełnie inaczej niż na Evii ;) gdzie znaków nie było, albo były tak zarośnięte, że niewidoczne.


Ammoudi.
Czyli port, miasteczko poniżej Oia. Można do niego zejść schodami z miasta (300), jak również przyjechać samochodem.
Autko zostawiamy mniej więcej w połowie drogi na dół, gdyż nie ma tam miejsca na parkowanie. Zostaje w pierwszym wolnym miejscu ;)


Na dół idzie się super, szybciutko docieramy do miasteczka usytuowanego wręcz nad samą wodą.
Dziś morze wzburzone i przejście bierzemy na kilka razy, by nie zostać kompletnie mokrym od fal.
Nawet knajpki mają stoliki nad samą wodą, teraz jednak są puste ;)
Za restauracyjkami prowadzi szlak, można zrobić cudne zdjęcia.
Oprócz tego w pewnym momencie ma się widok na mini wysepkę z kościółkiem wręcz w skałach.
Stamtąd można swobodnie wskoczyć do wody i przepłynąć ten kawałek do wysepki. Niestety, dziś morze jest zbyt wzburzone. Tylko nieliczni wskakują i przepływają ten kawałeczek.
Niestety, z naszej pozycji nie widać kościółka.


Spacerujemy, robimy fotki i wracamy do samchodu.
Wyjeżdżamy w górę i na pierwszym parkingu tuż przed wejściem do miasta (od dołu) zostawiamy samochód.

Czas na Oia i słynny zachód słońca. Na który czekamy 2godziny.
Ludzi tyle, że otwieramy wręcz usta ze zdumienia.
W międzyczasie udało nam się zjeść przepyszne lody w najsłynniejszej lodziarni w Oia - Lolitas.
No niebo w gębie. Będąc w Oia koniecznie trzeba tam zajść.

Wszelkie restauracje i knajpki są zarezerwowane na "oglądanie zachodu słońca". Koniecznie trzeba być wcześniej, dobre 30min szukaliśmy miejsca.
Mowy nie ma aby coś zjeść. Tarasy wypełnione po brzegi ludźmi, uliczki również, autokary jeden za drugim podjeżdżały i zostawiały turystów.
Koniec końców przy dworcu autobusowym kupujemy kanapki i idziemy szukać lokum. Które znajduję ja.
Gdzieś pomiędzy restauracjami, na jednej z uliczek przy murku stał tłum, ale były tzw "wolne miejsca" i udało nam się wcisnąć. Ale 2g oczekiwania po całym dniu zwiedzania robiło swoje.


Co ciekawe, słyszeliśmy wielu Polaków! :)
Natomiast wycieczki zorganizowane (np z biur podróży) szły w konkretne miejsca (spotkaliśmy panią rezydentkę naszą i to ona nam powiedziała, gdzie zaprowadziła grupę ;) ).

Zachód słońca magiczny...


Gdy słoneczko się schowało, zaczęliśmy wraz z tłumem wracać na parking.
Wyjazd z parkingu graniczył z cudem. W dodatku zostaliśmy zablokowani przez inny samochód i koniec końców Krzysiek przechodził od strony pasażera. Bo nie wiadomo do której byśmy stali i czekali na osobnika z samochodu obok.
Wyjazd to wręcz horror. Tłum ludzi, każdy idzie w inną stronę i.. nikt! ale to nikt nie patrzy czy jedzie samochód czy nie. Wygląda to tak, jakby to kierowcy mieli uważać na pieszych bo piesi tego nie robią. Zanim wydostaliśmy się z Oia minęło ok.45min.


Późnym wieczorem zostawiliśmy samochód na parkingu hotelowym.
Nie wiem, czy nie lepiej byłoby pojechać do Akrotiri na ten zachód słońca ;) Może nie byłoby takich tłumów...

1 grudnia 2017

Santorini cz.1

Poznań żegna nas chmurami.
W Warszawie istne oberwanie chmury.
Wstajemy o 2 w nocy i w mega ulewie biegiem do taksówki.
Ale to nas nie załamuje. Za kilka godzin będziemy w ciepłym upalnym i słonecznym miejscu!!
Po raz drugi wybieramy się z biurem podróży, tym razem Grecos.


Podróż na Santorini. 
Dzień pierwszy.

Na lotnisku pustki, ale gdy otwierają nasze bramki, okazuje się, że już dość sporo ludzi przed nami.
Niestety, tuż przed planowym odlotem (wylot miał być o 6:30) okazuje się, że jest on opóźniony o 2 godziny!!! Spać się nie da, choć niektórzy się decydują na ten krok. Czytać też nie bardzo, zbyt duży gwar. Zaczyna się niecierpliwe oczekiwanie na samolot..na lot.

Lot mamy w dzień, można sobie podziwiać chmurki i miejsca gdzie widać kawałek lądu.
Niestety kilka razy wpadamy w turbulencje dość porządne. Miejsca w samolocie są w połowie. Na szczęście obok siebie i nie na ogonie ;)

Po "długich" niecierpliwych 2,5 godzinach jesteśmy wreszcie nad Santorini.

Z góry wyspa sprawia wrażenie wyludnionej ;)
Kiedyś, przed ok. 1600 r. p.n.e., wyspa była okrągła. Obecnie jest takim półksiężycem lub rogalem - różnie mieszkańcy mówią.
Wielka erupcja wulkanu spowodowała podział wyspy na Firę, Thirassię i Aspronisi, które otaczają krater, a wewnątrz którego znajdują się Palaia Kameni i Nea Kameni (sam wulkan - kratery).


Wyspa Santorini jest jedyną, której osady nie są zbudowane na poziomie morza, ale na wewnętrznych krawędziach ścian krateru.
Santoryni jest znane z lokalnie produkowanego wina, przede wszystkim z odmiany Assyrtiko.
Krzewy winne są uprawiane bez podpórek i krótko przycinane tuż nad ziemią - często są to takie gniazdka winne, by ograniczyć narażenie krzewów na wiatry.

Lotnisko wita nas ogromnym upałem i palącym słońcem.
A my w grubych swetrach hihi.  Niektóre panie szybko w wc się przebierały. My stwierdzamy, że się nie roztopimy i już :D


Po dosłownie kilkunastu minutach jazdy autokarem jesteśmy w Kamari.
Na lotnisku dostajemy od rezydentki wszelkie informacje. Zostają przydzielone hotele, które wybrali klienci biura podróży i poinformowano nas kto kiedy wysiada :) 


W hotelu jesteśmy przed 13tą. no i od razu mamy pokój! Choć doba od 14tej dopiero.
Sam hotel to mnóstwo pokoi w jakby bungalowach. Na parterze mieszkają również właściciele obiektu. Hotel jest bardzo urokliwy, ma masę kwiatów i krzewów bugenwilli, a biel i niebieskie elementy sprawiają że .. się rozpływam :D


Szybko się ogarniamy w pokoju i idziemy na spacer zobaczyć okolicę. No i coś zjeść! Pierwszego głoda zabijamy jabłkami zabranymi z Polski ;)
Mimo mega żaru lejącego się z nieba błądzimy ;)
Znajdujemy piekarnię, zjadamy nasze ulubione greckie pastizeri. Tymi samymi przekąskami objadaliśmy się na Evii!
A resztę dnia spędzamy na plaży.
Woda czysta jak kryształ. Wydaje się chłodna. Kamienie na plaży są tak nagrzane, że bez butów do wody nie da się chodzić. Uff całe szczęście, że kupiliśmy je przed wyjazdem.



Dzień drugi.
Fira, stolica Santorini.

Śniadanie mamy do 10tej.
Bardzo zaspani jesteśmy, gdy budzik dzwoni o 8:30..przecież to środek nocy ;)
Śniadanie standardowe, jak wszędzie. Pieczywo (na szczęście normalne pieczywo, nie jak na Evii - tostowe), masło i margaryna, wędlina, ser żółty, jajka (ciepłe). Do tego dżemy, miód, płatki owsiane i zwykłe czekoladowe, jogurt, brzoskwinie z puszki. Kawa, herbata i soki.
Śniadania jemy w pięknym widokiem.
Na bugenwille i (za nimi) na morze. Na tarasie wręcz skąpanym w słońcu.


Po śniadaniu spotkanie z rezydentką w jednej z tawern.
Po nim od razu wyruszamy w pierwszą samodzielną podróż po Santorini, do stolicy.


Wyjeżdżając z Kamari mijamy praktycznie wszędzie pola z winogronami. W dali są góry i miasteczka.
Autobus w ciągu niecałych 15 min dociera do Firy. Co ciekawe, wszystkie autobusy - bez wyjątku - zajeżdżają do Firy i stamtąd udają się w kolejną drogę (punkt przesiadkowy).

Po wyjściu z autokaru szybko trafiamy na plan miasteczka. Idziemy w górę, w zasadzie za tłumem, po kilkuset metrach naszym oczom ukazuje się słynna kaldera.
Widok jest nieziemski, ta przestrzeń, ta biel domków, to granatowe morze w tle... mojego zachwytu nawet nie psują cumujące tam ogromne promy.
Fira wznosi się na klifie o wysokości 260 m n.p.m



Spacerujemy wąskimi uliczkami, wchodzimy do prawosławnej katedry metropolitalnej. O dziwo nikt nie każe się mi zakrywać - pewno są przyzwyczajeni do turystek ;)
Katedra jest jednym z najpiękniejszych budynków sakralnych na całym Santorini.


Następnie spacerując uliczkami docieramy do schodów w dół, które prowadzą do portu. Każdy stopień jest numerowany, w sumie jest ich 580.
Po drodze mijamy osiołki. Chociaż nie - nie są to osiołki. Jak się później okazało, są to muły! Czyli skrzyżowanie osiołka i konika ;) takie zwierzęta są bardziej wytrzymałe.
Na mule można zjechać w dół bądź wyjechać w górę (8E/1os). Byli oczywiście chętni.
Nas oczy wręcz bolały, jak patrzyłam na te zwierzaki w tym 30st upale z ludźmi na grzbiecie.. no ale tak to już jest. U nas w Zakopanem są konie, tu muły.

W pewnym momencie zwierzaki postanowiły zrobić nam psikusa! Stanęły tak, że nie dało się przejść ścieżką! I żadne poklepywanie po zadkach, czy też próby przepchania stworzeń, nie dawały efektu.
Koniec końców, ktoś kto szedł z turystami (jeden z właścicieli zwierząt z tego, co pamiętam) z dołu wydał odpowiednie komendy i towarzystwo raczyło ruszyć zadki :)
A my mieliśmy chwilę by porobić fotki i chwilkę odpocząć w tym palącym słońcu (a przecież mamy połowę września!)

W mega upale schodzimy do mautkiego portu Skala Firas. Port nie ma terminalu dla promów, więc turyści z ogromnych promów na Santorini dostają się mniejszymi stateczkami. Kiedyś to właśnie port w Firze pełnił fukcję głównego portu na Santorini.

Schody to istna patelnia!
Ale widoki z nich - niesamowite. I właśnie dla nich warto było (przynajmniej) schodzić.
Po zejściu do portu okazało się, że w sumie nic tam nie ma. Statki wycieczkowe non stop przypływały z turystami, jeden za drugim. Po krótkim odpoczynku postanawiamy w górę nie iść, tylko wjechać kolejką linową (5E/1os/3min).


Po powrocie jeszcze trochę spacerujemy po Firze.
Docieramy też do głównej katolickiej świątyni na Santorini - do katedry św. Jana Chrzciciela.
Trochę różni się ona od tych wszystkich białych, takich samych domków. Jest brzoskwiniowa i ma szeroką kopułę z dzwonnicą.
Katedrę odbudowano 1975 roku. Po zniszczeniach powstałych podczas trzęsienia ziemii w 1956r.



Dzień kończyny pyszną kolacją. A to wszystko w knajpce z pięknym widokiem na całą Firę i kalderę.