7 stycznia 2017

Szczawnica i okolice

Mając wolne między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem, postanawiamy spędzić choć kilka dni w górach.
Wolne miejsca (w ostatniej chwili) znalazłam (jak wszystkie lokalizacje wakacyjne) na booking-u, w willi Uliaszówka.

Do Szczawnicy wyjechaliśmy we wtorek, 27.12, z Jastrzębia-Zdroju.
Wyjeżdżamy rano, po drodze robimy dłuższy postój.
WADOWICE, miasto Jana Pawła II.
Gdy już dotarliśmy do Wadowic, łatwo było znaleźć obszerny parking i wolne miejsca.
Stamtąd bliziutko mamy na Rynek, pod Bazylikę Ofiarowania Pańskiego oraz do domu Karola Wojtyły. Udało się do Bazyliki również wejść na chwilkę podczas mszy.

Kilka kadrów z Bazyliki.

Mimo strasznego wiatru, deszczu spacerujemy troszeczkę po Rynku.
Niestety, dom Karola Wojtyły był zamknięty :( No nic, wrócimy innym razem.


Poszukaliśmy kremówki (z czterech kawiarni, tylko w jednej mieli kremówki!), po czym ruszyliśmy w dalszą drogę do Szczawnicy.


Szczawnica wita nas mrozem i śniegiem! Jupii!


Dostaliśmy pokoik z pięknym widokiem na Palenicę!
W pokoju są talerze, sztućce, kubki i czajnik oraz lodówkę.
Zaraz za drzwiami jest mała kuchenka, gdzie można było coś więcej sobie upichcić.


Szybko się przebieramy, mimo ciemności za oknem i sypiącego śniegu, idziemy na mały rekonesans. Nie chcemy tracić czasu, każdy skrawek dnia trzeba wykorzystać :)
Spacerem pod Palenicę, a potem przy gorącej herbatce,
grzanym piwie układaliśmy sobie plan pobytu na te kilka dni.

Środa, dzień 2.
Szczawnica wita nas jeszcze większą ilością śniegu! I coraz większym mrozem :) Zima pełną gębą ;)
Na dziś zaplanowaliśmy sobie wypad do Czorsztyna, na zamek.
Droga ze Szczawnicy do Czorsztyna, częściowo prowadzi przez góry.
Ale widoki mamy wprost fantastyczne. 
Krzysiek mówi, że droga ma tyle zakrętów, co Evia we wrześniu :)
Jest to zarazem nasza pierwsza wyprawa samochodem w śnieg i góry.


Zamek w Czorsztynie wita nas .. ciszą ;) Parking pusty, pan parkingowy bardzo rozmowny :)
Jest tylko kilku zwiedzających i my!
Część hotelowa jest niedostępna dla zwiedzających zamek, a tej części udostępnionej turystom nie jest wiele.
Nie potrzebujemy żadnej mapki, łatwo przejść z jednego pomieszczenia do drugiego.
Bilety kupujemy na dole przy wejściu do zamku. 


Taras na górze zamku również jest udostępniony do zwiedzania. A widoki z niego są niesamowite. M.in. zaporę widać, a całe jezioro jest pokryte lodem i śniegiem. 


 


Wychodzimy na dół, idziemy na przystań, gdzie latem cumują statki i jest plaża.
Jednak po śniegu widać, że nikt tu nie chodzi. Bo w sumie po co zimą oglądać przystań? ;)


W tej chwili wszystkie budki, lodziarnie, kawiarnie oczywiście pozamykane, bo nie ma sezonu. A wszędzie śnieg i lód - o czym przekonuję się, gdy kilka razy podczas spaceru nogi się rozjeżdżają.
Wchodzimy jeszcze do wozowni i wracamy do Szczawnicy. Znów tą cudowną drogą przez góry.

Popołudnie spędzamy w wąwozie Homole.
Po dnie wąwozu płynie potok Kamionka.
Jest to głęboko wcięty, stromościenny wąwóz w Małych Pieninach na obszarze wsi Jaworki. Skalna część wąwozu jest V-kształtna i osiąga długość ok. 0,8 km. Po przejściu przez pierwszy drewniany mostek nad potokiem, po lewej stronie jest skała zwana Wapiennik, a za nią ciągnie się dalej długa niemal pionowa ściana Grzebienia. Po prawej stronie ciągną się wyższa od nich i równie stroma Prokwitowska Homola. Istnieją w niej szyby górnicze – w przeszłości poszukiwano tu złota. Za Grzebieniem znajduje się Niska Skała o wysokości 70 m, a za nią Wysoka Skała, mająca aż 120 m wysokości. Informacje te znajdziemy chyba w każdym przewodniku ;)

Postanawiamy wybrać się zielonym szlakiem aż do Kamiennych Ksiąg.
Strome podejście ułatwiają mostki i schodki i poręcze. To nic, że w 90% zasypane są śniegiem.
To nic, że w kilku miejscach nie da się przejść przez śnieg i idziemy w wodzie (moje nowe buty przeszły prawdziwy chrzest bojowy!)


Towarzyszy nam niewielki szum potoku. Szlak wyprowadza na Dubantowską Dolinkę, gdzie znajduje się polana i miejsce do odpoczynku. Znajdujemy tu skały (Kamienne Księgi), na których według miejscowych, zapisano ludzkie losy aż do końca świata.
Niestety, w większości są przykryte śniegiem i nie możemy ich podziwiać w całości.



Dalej poza Dolinkę już nie idziemy. Można wyjść dalej, ale pogoda się zmienia. Zaczyna sypać śnieg, robi się coraz ciemniej, a my nie mamy przy sobie latarek. Komórka nie pomoże, bo momentami przydają się obie ręce do trzymania się poręczy czy podpierania (momentami, żeby nie upaść jechałam na butach kucając przy ziemi :) ). Ale kto jak nie my?!
Przecież my zawsze damy radę :D
Na Szczeliniec wyszłam, to i w Homolach sobie poradzę :D



Wyjście do Dubantowskiej Dolinki zajęło nam 45min i mniej więcej drugie tyle zajęło nam zejście.
O dziwo, gdy schodzimy widujemy dość dużo osób wychodzących w górę..hmmm. To już nie nasza bajka. Po 15-tej iść w góry.
Gdyby nie było śniegu, z pewnością poszlibyśmy dalej szlakiem.
Ale i tak troszkę liznęliśmy znowu wyprawy w góry ;)
Widoki pozostaną chyba w pamięci na zawsze. Zdjęć mam miliony...




Trochę zmęczeni, kolację jemy w naszej ulubionej knajpce "Pokusa".

Odnośnie restauracji - wszystkie w okolicy są pozamykane o 19-tej. Nie znaleźliśmy takiej, która byłaby otwarta później.
Tzn pizzeria była otwarta, a w niej luduuuuu jak mrówków :/
Mieliśmy okazję się przekonać, jak kelnerki w knajpce, gdzie jedliśmy kolację, odprawiły dwie dość duże grupy, z powodu późnej pory. Może gdzieś wyżej, dalej w innym rejonie było coś otwarte po 19-tej. My nie sprawdzaliśmy bo.. nie było potrzeby :D

W czwartek (dzień 3) z rana wcale nie chce się nam na mróz wychodzić.
Zbieramy jednak swoje graty i siebie i wychodzimy. Tym razem w planie mamy wyjazd na Palenicę wyciągiem krzesełkowym. Zmodernizowany w 2005 r. wyciąg ma czteroosobowe krzesełka wjeżdżające na górę (wyjazd trwa jakieś 5 minutek), jej długość wynosi 780 m. Najpierw jedzie łagodnie w górę nad ślicznym potokiem Grajcarek, następnie stromo aż do końca :)



Nie jeździmy na nartach, więc po wyjściu robimy sobie spacer, na tyle ile się da (nie chcemy zostać rozjechanymi przez narciarzy ;) ).
Widoki z góry cudowne. Szkoda, że nie ma słoneczka, byłoby jeszcze piękniej. Ale jest śnieg i mróz (ok. -10st na górze, w dodatku wieje!).



Żeby było śmieszniej, tuż po zjechaniu na dół, po przejściu części Szczawnicy, wyszło słońce..
No cóż..co zrobisz jak nic nie zrobisz ;)

Po zjeździe chwilkę spędziliśmy nad potokiem
Grajcarek, później ciacho i herbatka w "Pokusie".

Czwartkowe popołudnie postanawiamy spędzić w Białce Tatrzańskiej i "Termach Bania".
Ale najpierw trzeba kawałek przejechać.
Znów mamy okazję jechać tą cudowną trasą w górach!


W samych termach ludziiii full.
Parking pełen, kolejka do kas milionowa. Ale zawsze chcieliśmy się tu wybrać i oto jest okazja.
Trzy! godziny moczenia się w cudownie ciepłej wodzie.
I do tego jeszcze mieliśmy tak cudowne widoki.. Mieliśmy szczęście. Para obok nas usłyszała naszą rozmowę o tym, jak pięknie góry widać. Powiedzieli nam, że oni za chwilkę kończą pobyt w termach i przez całe 3g nie było w ogóle widać gór. Wszystko było za chmurami.
Ucieszyliśmy się bardzo :) No i obowiązkowo ten cudowny krajobraz trzeba uwiecznić na zdjęciach. 


Po wyjściu z term, pospacerowaliśmy jeszcze przy hotelu "Bania", popatrzyliśmy na stok, zjedliśmy pyszne oscypki z żurawinką.


Bardzo wymoczeni wracamy do Szczawnicy.. idealnie na kolację ;) Jutro wracamy już do Jastrzębia..

Piątkowy poranek przywitał nas mrozem i cudownym słońcem!
Bardzo szybciutko zgarniamy rzeczy, nie czekamy do "godziny zero" czyli do 12-tej, tylko szybciutko po śniadaniu poszliśmy pospacerować jeszcze po Szczawnicy. Zakupić ostatnie pamiątki i pospacerować przy potoku Grajcarek.



Miksy zdjęciowe ze wszystkich spacerków po Szczawnicy :) 

Piątkowy poranek nad Grajcarkiem w Szczawnicy.

Wczoraj w termach patrząc na te cudowne góry wymyśliliśmy krótki wypad do Zakopanego :)
Także zaraz po spacerze pojechaliśmy.
Nie do końca przewidzieliśmy, że będzie aż tyle ludzi. Wszędzie. 
Tuż przed Zakopanem stajemy w giga korku. 8 km do samego Zakopanego pokonujemy w 1,5g.. Gdyby nie to, że za bardzo nie dało się zwrócić, Krzysiek pewnie by nie jechał ;)
W pewnym sensie ta podróż jest takim sentymentalnym wyjazdem. To tu, w Zakopanem 30.12 sie zaręczyliśmy. 
I znowu jest 30 grudnia, a my po tylu latach mamy okazję tu być.

Na miejscu znajdujemy wolne miejsce parkingowe i szybkim krokiem udajemy się najpierw w okolice sceny sylwestrowej, a później na Krupówki.
Pogoda jest tak cudowna, słońce, dużo śniegu, mróz.. Chcemy wyjechać na Gubałówkę.


Po 15 min stania w kolejce do biletomatu po bilety na Gubałówkę rezygnujemy. Okazuje się, że w kolejce stoi jedna osoba a trzy inne przychodzą za chwilę i wchodzą sobie ot tak do kolejki. I tak co któraś osoba..z małej kolejki nagle robi się gigant.
Poza tym, pierdylion ludzi którzy idą wszędzie, są wszędzie.. Same Krupówki to już nie spokojna uliczka z "budami" tylko ulica z galeriami sklepowymi..

Rozczarowanie ogromne. Spacerujemy, wspominamy, kupujemy pamiątki, robimy pamiątkowe zdjęcia i.. wracamy do Jastrzębia-Zdroju.

Jednak mimo wszystko warto było choć na te 3g odwiedzić miejsce jednych z najpiękniejszych chwil w życiu :)

30 listopada 2016

Evia, Grecja część 5

Dzień 10.
Plażing, leżing, nicnierobing, spacerujemy, odpoczywamy.
I pracujemy nad piękną opalenizną ;)



Dzień 11.
Agia Anna i Prokopi.

Ostatnia nasza wyprawa na Evii. Tym razem wybraliśmy się w górę wyspy.
Cel to Agia Anna i pobliska plaża w Agkali.

Najpierw jednak trasa.
Przejeżdżamy przez stolicę - Chalkidę, następnie Nea Artaki, Prokopi, Mantoudi i za Strofilią skręcamy w prawo w dół małą zwykłą dróżką.




Po chwili znajdujemy się w pięknym miejscu.
Plaża w Agkali jest kamienista, wokół góry zalesione, pusto. Kilka osób tylko sobie spaceruje. Zjadamy śniadanko na plaży, przez wifi z tawerny dzwonimy do rodziców.

Leniwe przedpołudnie planujemy spędzić na plaży, ale pogoda krzyżuje nam plany. Przychodzą ciężkie chmury, z których troszkę deszczu spada.
Więc po krótkim spacerze postanawiamy wracać do Agia Anna. Dalej nie jedziemy, ponieważ trasa w jedną stronę do Agia Anna to ok 3g jazdy serpentynami. A dalej, na północ wyspy kolejne 3godziny..
Po odwiedzeniu wiejskiego miasteczka Agia Anna i cerkwii, postanawiamy wracać.
Po drodze zatrzymujemy się w Prokopi.
To mała wioska z 1100 mieszkańcami w północnej Evii.
Głównym punktem, który odwiedzamy jest kościół św. Jana Rosjanina. Jest miejscem pielgrzymek, nie tylko greków prawosławnych, ale także innych wierzących
.
Św. Jan Rosjanin jest jednym z najbardziej znanych świętych w greckim prawosławnym kościele. Jako więzień i niewolnik turków stał się sławny i szanowany nawet przez muzułmańskiego mistrza za jego pokorę, stałą wiarę i dobroć. Torturowany, nie przeszedł na islam. Później, po jego śmierci, Grecy uciekający z Turcji zabrali ciało i na wyspie Evia stworzyli Nowe Prokopi. Natomiast (Stare, pierwsze) Prokopi znajduje się w Kappadocji (Turcja) i nazywa się dziś Ürgüp.

Sam klasztor jest cudowny, bogaty, zadbany, elegancki. Mieliśmy farta, bo nikt nam nie zakazał robienia zdjęć (dopiero na koniec zauważyliśmy tabliczki z zakazem fotografowania :D ).

Prokopi znajduje się 50 km na północny zachód od Chalkidy i 10 km od Mantoudi. Droga do niego prowadzi między sosnowymi i płaskimi drzewami i zapiera dech w piersiach. Ale zdjęcia ciężko się robi. W Prokopi znajdujemy też masę pamiątek, lokalne produkty: głównie miód tymiankowy i figi oraz dżemy z fig.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy straganie. Po miód.
Siedzi stary dziadek.Wokoło żywej duszy. Nie ma miasteczka, jest tylko droga a po przeciwnej stronie straganu rzeka. Oczywiście pan po angielsku ni w ząb. Chcemy miód tymiankowy. Taki swojski, nie kupiony w sklepiku. A, że miodów trochę tam miał..tośmy gadalii.. ;)
Próbowaliśmy na migi.. no koniec końców biedak chłop wyrysował i pokazał że tymianek i z tych gór (pokazał nam za stoiskiem). Wszędzie w górach można zobaczyć porozstawiane ule. No i udało się.

W międzyczasie ja poszłam obejrzeć rzekę..Raczej to co z rzeki zostało.. a został ledwie strumyczek. Tak wszytko wyschnięte.



Dalej już nigdzie się nie zatrzymujemy. Trasa nie jest lekka. Drogi są wąskie, kręte, częściowo 
w remoncie. Ile się da, to Krzysiek przystaje, by popatrzeć i podziwiać urodę wyspy. Jednak jadące za nami samochody nie zawsze na to pozwalają..
A przecież zdjęce, to tylko momencik ;)
Do Amarinthos wracamy w sam raz na .. wieczorną kąpiel w zatoce; po całym dniu wskoczenie do chłodnej wody orzeźwia.


Dzień 12.
Odpoczywamy po wczorajszej wyprawie.
Ponownie leżing, plażing i smażing. 


Wpadamy też do Eretrii się pożegnać z naszą znajomą.
Kupujemy ostatnie pamiątki. Spacerujemy brzegiem morza. Łapiemy ostatnie chwile.

Oddajemy też samochód do mycia i odkurzania. Jest to wymogiem, żeby był oddany w takim stanie, w jakim go wypożyczaliśmy. A, że był czyściuteńki, to teraz takiego trzeba było go oddać.
Na stacji BP oddajemy samochód chłopakowi i on go doprowadzał do ładu składu i porządku.
My siedzieliśmy i odpoczywaliśmy ;)  choć stacja benzynowa ani trochę nie przypomina tego, co w Polsce, można!

Fot. Internet. 
 




Dzień 13.
Ostatni dzień na Evii. 
Plażujemy, odpoczywamy, pakujemy się. Nigdzie się już nie ruszamy, jedynie tylko spacerki brzegiem morza, zbieram troszkę muszelek na pamiątkę. 
Staramy się nie myśleć o tym, że w Polsce pierwsze przymrozki, że trzeba będzie wrócić do zimnej rzeczywistości.
Wyjazd w nocy.


Na plaży zostajemy do ostatniego zachodu słoneczka.
Następnie spakowani, idziemy spać, na kilka godzin (do 23ciej), żeby mieć siły na powrót do domku.


Dzień 14.
Wyjeżdżamy z pensjonatu punkt 24:00
Na lotnisko jedziemy niecałą godzinkę.


Odstawiamy na miejsce samochodzik. Następnie w tym samym punkcie oddajemy do wypożyczalni dokumenty i kluczyki. 
1:40 jesteśmy już w hali odlotów, gdzie czekamy aż bramki otworzą.

Część ludzi śpi, na podłodze, jednak szybko ochrona ich budzi.
Niestety, na lotnisku nie ma miejsc z jedzeniem, otwartych nad ranem :( jedynie udaje mi się w kiosku kupić ciasteczka..
Ciężko z tym powrotem, chce się spać, a nie ma jak. Żeby się "obudzić" wychodzimy przed lotnisko.

Samo ateńskie lotnisko jest ogromne, należy iść zgodnie ze wskazówkami na monitorach. Inaczej można się nieźle pogubić i pobłądzić po lotnisku.






Po powrocie do Warszawy udajemy się mpk do Przyjaciół po naszą niebieską błyskawicę :)
Chwilka na rozmowę i jedziemy do Poznania.



Na koniec co jedliśmy i jak mieszkaliśmy.

Wyżywienie:

Pensjonat - Posidonia Pension.