Tym razem kierunek: Gdańsk.
Podróż tam.
Wyjeżdżamy znowu zaraz po śniadaniu, Klara w pokoju tuż przed wyjazdem dostaje jeszcze kaszkę.
Samochodem dojeżdżamy do Redy na PKP i stamtąd pociągiem.
Tyle, że parkingu pod PKP nie ma, bo jest gigantyczny remont.
Żywego człowieka brak. Objeżdżamy ten dworzec i nagle widzimy autobus miejski :D miły pan kierowca powiedział, gdzie możemy zaparkować.
Okazało się, że po drugiej stronie dwupasmówki jest spore osiedle i lid :D
Wypakowaliśmy się, zabraliśmy również wózek i nosidełko.
Szybkie mini zakupy w lidlu (kilku rzeczy zapomnieliśmy zabrać z pokoju) i lecimy na pociąg.
Niestety, przy wyjściu na perony i zejściu pod ulicą nie ma podjazdów dla wózków i Krzysiek niósł wózek, a ja Klarcię.
10min oczekiwania na pociąg i jest! SKM. Hmm tragedii nie ma, ale pociąg przyjechał już dość obładowany i usiadłam tylko ja z Klarą (Krzysiek później też, bo miejsce się zwolniło).
Pociąg bez przedziałów, osobówka.. bez ubikacji!
Ledwo przejechaliśmy kilka stacji i okazało się, że musimy ogarnąć Malucha. Jak, gdzie?
Przeszłam 4 przedziały i nigdzie nie było ubikacji. Więc, żeby nie zgorszyć ludzi i nie narażać Klarci na podglądanie, postanowiłam przewinąć ją pomiędzy przedziałami.
Nie było łatwo, bo pociąg jechał, Klara miała inny pomysł na siebie niż stać grzecznie :P Ubierając jej pieluchomajtki (wciągając przez buciki) modliłam się, by się nie posiusiała :P Ale nic takiego się nie wydarzyło i spokojnie wróciłyśmy z pakuneczkiem w woreczku zapachowym na swoje miejsca :P
Dało się? dało. Łatwo nie było, ale inaczej ludzie padliby trupem :P hahhaha.
No a dalej to był hardkor w pociągu. Ludzi masa, Klara nie miała sobie jak pochodzić, pociąg zatrzymywał się wręcz co 5-10min, ciągle ktoś przechodził.. duszno, ciepło, brak miejsca i 11,5mc niemowlak który po nas non stop skakał. Wiadomo, u mamy fajnie, ale u taty lepiej bo po drugiej stronie siedzenia (na przeciwko) i na odwrót :)
Ale daliśmy radę, w końcu to tylko godzinka.
Przy wyjściu z PKP Gdańsk Śródmieście naszym oczom ukazuje się galeria Forum Gdańsk. Postanawiamy skorzystać i ogarnąć w cywilizowanych warunkach naszą Dziewczynkę.
A, że Klara nie jadła i nie spała od wyjazdu z willi, to pomyśleliśmy, że jeszcze coś przekąsi i zaśnie.
Gdańsk Główne Miasto.
Bez większego problemu dotarliśmy pod Ratusz, udało się nam wcisnąć pod Neptuna, żeby zrobić sobie zdjęcia. Nad głowami coraz mocniej grzmiało, w ułamku sekundy z nieba zaczęły spadać ogromne krople, a po chwili porządny deszcz.
Byliśmy w drodze do Bazyliki Mariackiej.
Schroniliśmy się w jednej z bram dopóki ulewa nie zmieniła się w lekki deszczyk.
Niestety, Bazylika w remoncie. Trwają prace konserwatorskie :( i ciągle trzeba było coś omijać, obchodzić..oprócz tego oczywiście tłum ludzi. Klarutek na szczęście słodko spał.
Następnie obraliśmy kierunek: SPICHLERZE i Żuraw.
I tam przeżywamy mega szok! Jarmark Dominikański. I pierdyliard ludu, przecisnąć się z wózkiem graniczyło z cudem, szłam pierwsza i tylko "przepraszam, przepraszam" a mąż z wóżkiem za mną hehe. Udało się, przeszliśmy na drugą stronę i swobodnie sobie spacerowaliśmy.
W międzyczasie obudziła się Klara, udało się nam zrobić kilka wspólnych pamiątkowych zdjęć z nieśpiącym Bobasem.
Po spacerku przyszedł czas na obiadek, stanęło na..pizzerii, bo tylko tam były wolne miejsca i krzesełka dla dzieci. Jednak o przewijaku zapomnieli chyba :/
Podróż powrotna.
Później jeszcze niewielki spacerek w okolicy Neptuna i powoli zbieraliśmy się na pociąg powrotny do Redy.
W pociągu oczywiście ciągle nas ciągnęła żeby z nią chodzić, a to tak słabo, bo ciężko było nam równowagę utrzymać.
Ale! zauważyliśmy, że Klara już coraz bardziej zwraca uwagę na to, co jest za oknem. Jak się Jej pokaże albo zwróci uwagę to się skoncentruje :D
W samochodzie z Redy do Władysławowa Klara zasnęła. Na chwilkę przebudziła się w pokoju przy rozbieraniu z ubrań i przebieraniu w piżamkę.
Kolejne miasto (chociaż częściowo) zwiedzone.
Następny dzień to Westerplatte i Malbork - czyli powrót do Poznania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałtyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałtyk. Pokaż wszystkie posty
20 sierpnia 2019
19 sierpnia 2019
Sopot z niemowlakiem
Wyjeżdżamy chwilę po śniadaniu.
Tym razem na cel bierzemy Sopot.A w zasadzie na początek Opera Leśna!
Dzień wcześniej sprawdziliśmy sobie, czy jest możliwość zwiedzania Opery Leśnej i jakie godziny obowiązują.
Ponieważ akurat w czasie naszych wakacji odbywały się tam koncerty i kabarety, należało sprawdzić jak ze wstępem.
Okazało się, że wstęp jest od 12tej - 14tej!
Droga długa, Klara trochę spała, trochę się bawiła ze mną.
Daliśmy radę.
Tuż pod Operą Leśną jest parking. Rano było pusto!
Tym razem również brałam ze sobą nosidełko, ponieważ byłam pewna, że nie będzie gdzie zostawić wózka.
Tzn jak się później okazało, wózki zostawały przy wejściu, gdzie jest ochrona i kasa, ale nie wiedziałam jaką mam gwarancję, że Klary pojazd jeszcze będzie stał.
Nosidełko nas nie ograniczało.
Klara za wstęp nie zapłaciła nic.
My z Krzyśkiem po 7zł.
Na okienku w kasie biletowej była informacja, że garderoby również można zwiedzać, ale wstępu na scenę nie ma (wieczorem były kabarety, rano był montaż sceny i oświetlenia).
Bez problemu pochodziliśmy po trybunach.
Gdy ja byłam w Operze za dzieciaka, dach był pomarańczowy :P
Teraz jest śliczny biały dach. A krzesełka są drewniane i pojedyncze :)
Obeszliśmy ile się dało, ale w związku z ogromnym hałasem (próby dźwięku) nie spędziliśmy tam dużo czasu. My jak my, ale przecież mieliśmy maluszka na pokładzie i to o jej uszka się obawialiśmy.
Na koniec wizyty w Operze Leśnej szybkie przewijanie w toalecie (jest przewijak!), próby karmienia malucha słoiczkiem (ale wszystko inne taaaakie ciekawe!) i idziemy dalej. Tym razem Klara już na
nóżkach z tatusiem.
Taką Operę Leśną pamiętam...
zdjęcia: Internet
Po drodze do Opery i z Opery mijamy..Góralską Chatę w Sopocie :D
A, że było pusto.. i pora obiadowa.. postanawiamy zajść i zjeść. Tym bardziej, że Klara pod Operą jeść nie chciała, a do molo w Sopocie (gdzie zmierzaliśmy po Operze Leśnej) mieliśmy spory kawałek.
Obiad był przepyszny! Jak Klara zjadała moje gołąbki, tego jeszcze nie grali :P
I pobawiła się kamieniami :D
I przede wszystkim - mieliśmy krzesełko dla Maluszka! I obsługa była mega szybko! To lubimy!
Następnie wróciliśmy na parking, zostawiliśmy nosidełko w samochodzie, a zabraliśmy wózek.
I stamtąd już prościutko do centrum i na słynne sopockie molo!
Po drodze przejścia dla pieszych..podziemne, całe szczęście były podjazdy, bo schodów sporo! przejścia pod torami (windy! uf!) i jesteśmy na Monciaku!
A potem cudowny Dom Zdrojowy, no i molo!
W międzyczasie pogoda się zrobiła...upalna wręcz!
Po drodze przejścia dla pieszych..podziemne, całe szczęście były podjazdy, bo schodów sporo! przejścia pod torami (windy! uf!) i jesteśmy na Monciaku!
A potem cudowny Dom Zdrojowy, no i molo!
W międzyczasie pogoda się zrobiła...upalna wręcz!
Nasza Mała Podróżniczka już przegląda mapę!
Tzn Klara prowadziła nas na molo :P
Klara trochę poraczkowała tuż po wejściu na molo sopockie, później trochę ze mną, trochę z Krzyśkiem spacerowała na swoich nóżkach (trzymana oczywiście za rączki). Taki szał, że hej! no dziecko jak ze smyczy spuszczone :P
Ale podobało się jej bardzo i nie było dzikich tłumów, więc mogła tuptać.
Przeszliśmy do końca spacerkiem i tak samo wróciliśmy. Po drodze oczywiście pamiątkowe fotki.
Następnie zdecydowaliśmy się...pójść do Żabki, bo Brzdącowi zabrakło picia :D
A później spacerem po najbliższej okolicy molo i doszliśmy do zejścia na plażę. Tam Klara spała już w wózku. A po pobudce miałyśmy pierwszy fizyczny kontakt z plażą i morzem.
Bardzo się Klarci spodobała woda.
Mogłaby biegać i biegać!
A była przyjemnie chłodna, nie lodowata!
I gdyby nie to, że było dość późno (a u nas z reguły 21:00 to czas w którym kąpiemy i usypiamy naszą Dziewczynkę), zdecydowaliśmy się nie szaleć i nie zostawać nie wiadomo jak długo, bo jeszcze ponad godzina jazdy do Władysławowa przed nami.
Po drodze jeszcze drugi obiadek zjedliśmy, ale nie był tak pyszny jak ten ranny (góralski, domowy).
Klara prawie wcale nie chciała tam jeść tego co my, dostała więc kaszkę swoją ulubioną.
W drodze do willi, w której mieszkaliśmy, znowu miałam trochę zabawiania i trochę drzemkowania Maluszka.
Następne dni to włóczenie się po Władysławowie, plażing i ogółem odpoczynek.
W kolejce do zwiedzenia podczas tych wakacji: Gdańsk i Malbork!
Etykiety:
Bałtyk,
bez biura podróży,
LennyLamb nosidełko,
Sopot,
wakacje,
wakacje we troje,
we troje,
zwiedzanie
14 sierpnia 2019
Hel z niemowlakiem
Hel, nasze pierwsze zwiedzanie (jeszcze) z niemowlakiem.
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!
Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.
Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.
Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P
Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).
Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.
Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?
Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.
Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.
I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).
Następny dzień, kierunek SOPOT!
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!
Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.
Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.
Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P
Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).
Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.
Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?
Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.
Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.
I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).
Następny dzień, kierunek SOPOT!
Etykiety:
Bałtyk,
bez biura podróży,
Hel,
LennyLamb nosidełko,
Polska,
wakacje,
wakacje we troje,
we troje,
zwiedzanie
22 kwietnia 2015
Świnoujście cz.1
Dostalam w pracy pare dni urlopu, wiec postanawiamy to wykorzystać.
Jedziemy nad upragnione morze! Nad Baltyk. Jest to zarazem pierwsza nasza wyprawa samochodem!
Po długich debatach gdzie by tu pojechać, padło na Świnoujście.
To tylko kilka dni, więc nie chcemy tracić czasu na zbędny przejazd.
Jedziemy nad upragnione morze! Nad Baltyk. Jest to zarazem pierwsza nasza wyprawa samochodem!
Po długich debatach gdzie by tu pojechać, padło na Świnoujście.
To tylko kilka dni, więc nie chcemy tracić czasu na zbędny przejazd.
Cały pobyt nad morzem, to hotel Hampton by Hilton Świnoujście.
Z hotelu do plaży jest około 15min spaceru fajnym chodnikiem wybrukowanym, w lesie.
A im bliżej głównej promenady, tym więcej pensjonatów, willi itp.
Fajne jest też to, że praktycznie obok hotelu jest pizzeria, kawałek dalej.. McDonald :) więc jeśli nie mamy ochoty wychodzić nad morze jeść, a chcemy coś niezdrowego, to jest blisko.
Równie blisko jest biedronka i kolej, która jest dosłownie po przeciwnej stronie drogi.
Wyżywienie: W hotelu jest śniadanie, obiadokolacji nie bierzemy
Obiekt: hotel nowiuteńki, czysty, zadbany, pachnący. W pokoju mamy czajnik bezprzewodowy, kubki, szklanki, sztućce. Kawę herbatę w jednorazowych saszetkach.
Suszarka oraz żelazko w pokoju również się znajdują. I tv oraz fajne duże lustro :)) Żel pod prysznic i szampon w dozownikach pod prysznicem.
Zajmujemy pokój na samej górze, z tarasem.
Jest pięknie, jesteśmy zachwyceni. Ale oczywiście cena jest odpowiednia ;)
Ah, mamy pokój dla niepalących. Więc ściany, pościel, dywan nie są przesiąknięte dymem tytoniowym.
Pierwszy dzień, to w sumie dzień przyjazdu.
Całą drogę pogoda dopisuje.
Najpierw trzeba się przeprawić promem.
My agenci jedziemy sobie spokojnie na prom w mieście. Na szczęście dołączamy do przeprawy w mieście. Gdyby to był dzień roboczy, musielibyśmy jechać dookoła na drugą przeprawę poza miastem. Gdyż ta miejska jest tylko dla mieszkańców. Ale, że to niedziela, to się łapiemy :)
Zjawiamy się po 15-tej.
Całą drogę pogoda dopisuje.
Najpierw trzeba się przeprawić promem.
My agenci jedziemy sobie spokojnie na prom w mieście. Na szczęście dołączamy do przeprawy w mieście. Gdyby to był dzień roboczy, musielibyśmy jechać dookoła na drugą przeprawę poza miastem. Gdyż ta miejska jest tylko dla mieszkańców. Ale, że to niedziela, to się łapiemy :)
Zjawiamy się po 15-tej.
Po zameldowaniu się w hotelu szybciutko się przebieramy i wioo nad morze.
Na plaży słońce świeci, mało wiatru. No miodzio!
Na plaży słońce świeci, mało wiatru. No miodzio!
Karmimy mewy i cudowne łabędzie. Uwielbiam.
Mąż podchodzi z dystansem do łabędzi ;)
Mąż podchodzi z dystansem do łabędzi ;)
Gdy już wszystkie stwory pojadły, idziemy dalej.
W oddali widzimy wiatrak - a w sumie znak nawigacyjny "Stawa Młyny". Więc po tych paru godzinach siedzenia w samochodzie, tuptamy plażą do wiatraka. Tam idealnie trafiamy na wypływające z portu promy. Takie toto duże no!
Dalej spacerem do pustego (jeszcze) portu jachtowego i do miasta, tam przynajmniej jakiś statek stoi ;)
Wieczorem nie czujemy nóg, zwłaszcza ja.
Dzień drugi. Poniedziałek.
Słońce, czasem deszcz, ale wiatrzysko jak diabli! Takie toto lodowate,
że aż muszę wejść do sklepu po czapkę dresówkę. A potem to już mi
wszystko jedno, czy wieje. Czapka jest, można ruszać "w miasto".W oddali widzimy wiatrak - a w sumie znak nawigacyjny "Stawa Młyny". Więc po tych paru godzinach siedzenia w samochodzie, tuptamy plażą do wiatraka. Tam idealnie trafiamy na wypływające z portu promy. Takie toto duże no!
Dalej spacerem do pustego (jeszcze) portu jachtowego i do miasta, tam przynajmniej jakiś statek stoi ;)
Wieczorem nie czujemy nóg, zwłaszcza ja.
Dzień drugi. Poniedziałek.
Jako pierwsza na cel zostaje wzięta wieża widokowa. Tylko 200schodków w górę.
Na górze :)
Widoki z góry z wieży widokowej.
Chmury wiszą nisko nad nami, tworząc niesamowite dzieło sztuki włącznie z morzem i plażą, po której piasek sunie niczym na Saharze.
Na dziś mamy w planie .. Niemcy. Nastawiliśmy się, że przejdziemy plażą. Jednak piach tak sypał w oczy, że parę kroków i w tył zwrot! Wracamy pod hotel i wsiadamy w kolej UBB i za 2,50 E/os wyjeżdżamy do Niemiec ;)
Tak na prawdę jedziemy tylko do Ahlbecku. Dla mnie to taka podróż wspomnień. Byłam tu lata temu, z moją klasą na tzw. zielonej szkole. Wszystko jest do dziś, jednak miejsca są ciut poprzerabiane. Ale czego się spodziewać, 20 lat to kopa czasu.
Wysiadamy na stacji Seebad Ahlbeck. Po drodze zaczyna padać deszcz, ale to nic. Nie da się zawrócić ;) więc jedziemy. Spacer ślicznymi uliczkami.
Te domki są jedyne w swoim rodzaju. Bardzo wszystko zadbane, czysto, bez śmieci! Docieramy do promenady. Wszędzie mnóstwo kwiatów, fontanny działają. Jest na co popatrzeć. Kawiarenki pootwierane. W Świnoujściu pozamykane większość miejsc.
Spacerkiem wracamy ponownie na dworzec, skąd jedziemy znów koleją UBB do Świnoujścia.
Koniec cz.1
20 kwietnia 2015
Świnoujście cz.2
We wtorek (dzień trzeci) obieramy kurs - latarnia morska.
Ale najpierw, po przepysznym śniadanku, wchodzimy do małego starego kościółka.
Dokładnie to kościół p.w. Chrystusa Króla. W środku ma śliczny drewniany sufit a pod nim wisi drewniany duży statek.
Ale najpierw, po przepysznym śniadanku, wchodzimy do małego starego kościółka.
Dokładnie to kościół p.w. Chrystusa Króla. W środku ma śliczny drewniany sufit a pod nim wisi drewniany duży statek.
Po kościele wyruszamy na przeprawę promową.
Pieszo, samochód stoi pod hotelem :)
Pieszo, samochód stoi pod hotelem :)
Na promie było mega zimno, wiało. Ale potem podczas marszu szybko się zagrzaliśmy.
Wcześniej, w hotelu sprawdzaliśmy mapę. Mieliśmy również internet w razie w w telefonie.
Wysiadamy z promu i idziemy, idzieeemy, idzieeeeeemy.
Okazuje się, że docieramy do mega budowy, którą jest.... tadaaaam! słynny gazoport! Ups..:/
Przez ten oto nieszczęsny teren nasza droga została bardzo wydłużona. Bardzo bardzo. Bardziej niż bardzo eh.
Gdy w końcu doszlismy do końca tejże budowy, okazało się, że przejścia nie ma i aby dojść do latarni, trzeba iść laskiem. Ale choć znaki są. To już coś.
Najpierw zaszliśmy na plażę.
Sama plaża śliczna, mała, z wydmami.. ale z drugiej strony, niestety przez ten gazoport zeszpecona. Ale ile tu muszli jest! No pełne kieszenie mam. Zarówno muszelek jak i piachu. Ale co tam, tyle cudeniek w jednym miejscu.
Wcześniej, w hotelu sprawdzaliśmy mapę. Mieliśmy również internet w razie w w telefonie.
Wysiadamy z promu i idziemy, idzieeemy, idzieeeeeemy.
Okazuje się, że docieramy do mega budowy, którą jest.... tadaaaam! słynny gazoport! Ups..:/
Przez ten oto nieszczęsny teren nasza droga została bardzo wydłużona. Bardzo bardzo. Bardziej niż bardzo eh.
Gdy w końcu doszlismy do końca tejże budowy, okazało się, że przejścia nie ma i aby dojść do latarni, trzeba iść laskiem. Ale choć znaki są. To już coś.
Najpierw zaszliśmy na plażę.
Sama plaża śliczna, mała, z wydmami.. ale z drugiej strony, niestety przez ten gazoport zeszpecona. Ale ile tu muszli jest! No pełne kieszenie mam. Zarówno muszelek jak i piachu. Ale co tam, tyle cudeniek w jednym miejscu.
Wracamy dalej na ścieżkę i tuptamy do nieszczęsnej latarni.
No wreszcie jest. Latarnia morska w Świnoujściu. Jest
najwyższa na całym polskim wybrzeżu! Uruchomiona w 1857r. a na górę
prowadzi.. "tylko" 300schodów.
Krętych schodów oczywiście.
Krętych schodów oczywiście.
Kondycja nie ta, ale tuptam. Co kawałek robię foto, takie
dla potomności ;) na zasadzie "tam byłam" ;) Mąż się śmieje, że
tygodniami będziemy potem sortować te zdjęcia.
Po drodze wyglądamy przez okienka na statki - tankowce. Ciekawy widok. Wcześniej widzieliśmy je z drugiej strony kanału, a teraz oglądamy od góry.
Jeszcze parę metalowych schodków iiiiii... oto jesteśmy na samej górze! Na samiuśkim szczycie latarni morskiej. OMG jakie wiatrzysko. Zrobienie prostych normalnych zdjęć graniczy z cudem, tak aparatem rzuca.
Po max 5 min schodzimy na dół. Po czym kupujemy sobie pamiątkowe dyplomy, pani nam je wypisuje! Ja oczywiście zachwycona. 600schodów to nie byle co w moim stanie (chory kręgosłup i 2x złamana kostka).
Jak już odsapnęliśmy, przychodzi pani i mówi, że tak strasznie wieje, więc ona latarnię zamyka. Ależ mamy farta no!
Do miasta, na przeprawę promową, docieramy już zamówioną taxi, gdyż nie jesteśmy w stanie dalej iść. Droga jest bardzo daleka, w dodatku zaczęło padać, więc nie jest to idealny moment na taką trasę.
Jednak po przeprawie promowej do hotelu również jest niezły kawałek.
Nogi bolą przeokrutnie, ale zaciskam zęby i tuptam za mężem.
Gdy docieramy do hotelu, nie mamy już totalnie sił na nic, więc schodzimy tylko na dół i udajemy się do pizzerii.
Śpimy jak zabici.
Po drodze wyglądamy przez okienka na statki - tankowce. Ciekawy widok. Wcześniej widzieliśmy je z drugiej strony kanału, a teraz oglądamy od góry.
Jeszcze parę metalowych schodków iiiiii... oto jesteśmy na samej górze! Na samiuśkim szczycie latarni morskiej. OMG jakie wiatrzysko. Zrobienie prostych normalnych zdjęć graniczy z cudem, tak aparatem rzuca.
Po max 5 min schodzimy na dół. Po czym kupujemy sobie pamiątkowe dyplomy, pani nam je wypisuje! Ja oczywiście zachwycona. 600schodów to nie byle co w moim stanie (chory kręgosłup i 2x złamana kostka).
Jak już odsapnęliśmy, przychodzi pani i mówi, że tak strasznie wieje, więc ona latarnię zamyka. Ależ mamy farta no!
Do miasta, na przeprawę promową, docieramy już zamówioną taxi, gdyż nie jesteśmy w stanie dalej iść. Droga jest bardzo daleka, w dodatku zaczęło padać, więc nie jest to idealny moment na taką trasę.
Jednak po przeprawie promowej do hotelu również jest niezły kawałek.
Nogi bolą przeokrutnie, ale zaciskam zęby i tuptam za mężem.
Gdy docieramy do hotelu, nie mamy już totalnie sił na nic, więc schodzimy tylko na dół i udajemy się do pizzerii.
Śpimy jak zabici.
Rano, w środę, dnia czwartego, wstajemy (ależ mam zakwasyy :/ ), a za oknami...cudowne słońce! W pobliskiej biedronce kupujemy zwykły pszenny chlebek dla mew.
Dzisiejszy dzień spędzamy na plaży. Spacerujemy, leżymy na kocyku, czytamy książki. Karmimy mewy. Pogoda jest piękna! Odważyłam się zdjąć buty i zanurzyć stopy w miękkim piasku i .. lodowatej wodzie. Mewy idealnie pozują nam do zdjęć.
Dzisiejszy dzień spędzamy na plaży. Spacerujemy, leżymy na kocyku, czytamy książki. Karmimy mewy. Pogoda jest piękna! Odważyłam się zdjąć buty i zanurzyć stopy w miękkim piasku i .. lodowatej wodzie. Mewy idealnie pozują nam do zdjęć.
Środa jest przed ostatnim dniem w Świnoujściu, więc po
plażingu wracamy do hotelu, obijamy się, odpoczywamy. Trochę już (z bólem serca) się pakujemy.
Wieczorem jednak idziemy jeszcze na spacerek. Tym razem innymi uliczkami miasta niż do tej pory. Docieramy pod dom wczasowy Rybniczanka. To tam moi rodzice i babcia jeździli na wczasy, jako młodzi ludzie :)
Później na plażę, znów pokarmić mewy. Takie wygłodniałe są, że aż miło popatrzeć, jak wszystko zjadają w locie ;) Spacerujemy jeszcze po plaży o zachodzie słońca :)
Dalej docieramy na promenadę i do jednej z knajpek wchodzimy na rybkę. Jedzenie przeeeepyszne. Rybka miód malina. Jedno z kilku miejsc otwarte. Koszt troszkę przekroczył nasz budżet, ale raz nie zawsze.
Wieczorem jednak idziemy jeszcze na spacerek. Tym razem innymi uliczkami miasta niż do tej pory. Docieramy pod dom wczasowy Rybniczanka. To tam moi rodzice i babcia jeździli na wczasy, jako młodzi ludzie :)
Później na plażę, znów pokarmić mewy. Takie wygłodniałe są, że aż miło popatrzeć, jak wszystko zjadają w locie ;) Spacerujemy jeszcze po plaży o zachodzie słońca :)
Dalej docieramy na promenadę i do jednej z knajpek wchodzimy na rybkę. Jedzenie przeeeepyszne. Rybka miód malina. Jedno z kilku miejsc otwarte. Koszt troszkę przekroczył nasz budżet, ale raz nie zawsze.
Czwartek, to już piąty dzień. Wyjeżdżamy ze Świnoujścia :(
Ale przed nami "po drodze" jeszcze: żubry i Międzyzdroje.
Rano po śniadanku, wymeldowujemy się i wrzucamy wszystkie bagaże do samochodu.
Idziemy ostatni raz na plażę, ponownie karmić mewy.
Po drodze zajeżdżamy jeszcze raz pod latarnię. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy zrobić fotki samej latarni.
Tak więc oto ona ;)
I jeszcze na plażę - przy latarnii, z pudełkiem po muszelki.
I dalej kierunek: Wapnica. Oglądamy piękne turkusowe jeziorko, spacerek i jedziemy dalej.
Ale przed nami "po drodze" jeszcze: żubry i Międzyzdroje.
Rano po śniadanku, wymeldowujemy się i wrzucamy wszystkie bagaże do samochodu.
Idziemy ostatni raz na plażę, ponownie karmić mewy.
Po drodze zajeżdżamy jeszcze raz pod latarnię. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy zrobić fotki samej latarni.
Tak więc oto ona ;)
I jeszcze na plażę - przy latarnii, z pudełkiem po muszelki.
I dalej kierunek: Wapnica. Oglądamy piękne turkusowe jeziorko, spacerek i jedziemy dalej.
Jedziemy do żubrów.
Samodchód zostawiamy na parkingu i spacerem lasem docieramy do zagrody żubrów.
Niestety, łobuzy poszły tak daleko, że gołym okiem ciężko było je dostrzec. Dobrze, że aparat ma zoom ;)
Wracamy do samochodu i jedziemy do Międzyzdrojów. Spacerek
do centrum, aleja gwiazd i obowiązkowe odciskanie łapek.Samodchód zostawiamy na parkingu i spacerem lasem docieramy do zagrody żubrów.
Niestety, łobuzy poszły tak daleko, że gołym okiem ciężko było je dostrzec. Dobrze, że aparat ma zoom ;)
Spacerujemy po molo, siadamy na ławeczce, ale tak strasznie wieje, że mimo słoneczka się nie da, więc wracamy na ląd ;) zjadamy pyszne gofry i jedziemy do domku.
Koniec cz. 2
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

























