Autobus powrotny - z miasta na lotnisko - zatrzymuje się na przystanku Kalvin Ter. Po drodze mijamy jeszcze Węgierskie Muzeum Narodowe. Nie mieliśmy czasu by zajrzeć. Budynek zawsze oblegany przez sporą ilość osób, gdy obok przechodziliśmy.
Na przystanku czeka sporo osób, włącznie z tymi, z którymi przylecieliśmy do Budapesztu :)
Autobus zatrzymuje się, wchodzi pani z obsługi, wskazuje nam miejsce dla wózka.
Tym razem nie jest to miejsce siedzące, całe 30min jazdy na lotnisko zabawiamy Klarcię na zmianę, ona chciałaby wszystko widzieć i chodzić..
Na lotnisku wszystko gładko przeszło, byliśmy w wc gdzie udało się naszego Brzdąca ogarnąć na przewijaku.
Zjadamy pyszną kanapkę i kierujemy się do bramek. Tam dosyć sporo osób, zamieszanie, ja z Klarą pierwszeństwo, Krzysiek został...zdecydowanie na to trzeba mieć więcej czasu zarezerwowanego.
My byliśmy na styk i okazało się, że na zakup większych pamiątek nie było już czasu :(
Przede wszystkim - jeśli coś sobie upatrzycie na mieście podczas zwiedzania, nie kupujcie tego później na lotnisku. Kupcie to od razu. Ja oczywiście myślałam, że po drodze na autobus będą jeszcze sklepiki z pamiątkami i tam zakupię upominek z wakacji dla Klarci.
A guzik! Sklepy niektóre zamknięte..czasu do odjazdu autobusu niewiele.
No i na wolnocłowej okazało się, że moja pamiątka dla córci kosztuje 3x tyle co na mieście... oczywiście Polak mądry po szkodzie ;)
Poza tym, wyjście ze strefy wolnocłowej aż na płytę lotniska trwa chyba z 10-15min włącznie z kontrolą dokumentów przy wyjściu na płytę lotniska.
Ze względu na remont lotniska, ścieżki są wyznaczone i dość daleko trzeba iść. Nikt nie wozi busami. Nie jest łatwo, bo Klara nie chce siedzieć w wózku, Krzysiek ją niesie, a ja wiozę wózek z bagażem... Na lotnisku pod samolotem trzeba to wyjąć, poskładać i zabezpieczyć wózek..oj jest co robić, a ludki już w samolocie...
Lot przebiegł nam spokojnie, Klara troszkę chodziła po samolocie, troszkę wyglądała przez okno.
Mieliśmy trzy siedzenia dla siebie. Idealnie.
W połowie podróży Klarusia była zmęczona już, trochę popłakiwała, marudziła aż w końcu zasnęła w nosidełku ale na fotelu ;) już było za późno by iść do toalety :)
Za to powrót do domku z lotniska Ławica trwał ponad godzinę.. piątek..popołudnie..korki, korki, korki. Brutalne zderzenie z rzeczywistością oraz chłód i smog, którego w Budapeszcie nie było.
Welcome Home ;)
To była fajna przygoda!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lot. Pokaż wszystkie posty
11 grudnia 2019
30 listopada 2019
Budapeszt z roczniakiem - zwiedzanie cz.2
Środa wita nas cudownym słońcem i ciepłem!!! Taką pogodę zapowiadali na cały nasz pobyt w chwili kupowania biletów...ja również odsyskuję energię.
Po pysznym śniadaniu szybko się zbieramy i lecimy podbijać Budapeszt.
Pogoda tak piękna, że momentami chodzimy tylko w bluzach!
Tym razem idziemy prosto w kierunku Mostu Elżbiety i dalej - na Górę Gellerta.
Góra Gellerta
Po przestudiowaniu przewodnika wiemy już skąd zacząć - od schodów przy nieczynnej fontannie ;) Jak się później okazało, kolejne wejście jest przy Moście Wolności (na lewo od Mostu Elżbiety, przy hotelu Gellert; my szliśmy w prawo). Z tej strony jest też plac zabaw. Ale to nic,
daliśmy radę.
Klara ląduje w nosidle na mnie, Krzyś zabiera torbę od wózka i złożony wózek.
No i wio za ludźmi do góry.
Po prostu idziemy. Klara częściowo nawet tupta na własnych nóżkach!
Jak trzeba, wnosimy po schodach wózek razem z Klarą.
Jest piękna jesień. Choć droga śliska momentami, bo wczoraj padało więc liście mokre.
Pomiędzy liśćmi dostrzegamy panoramę miasta.
Na górze spotykamy kilku ciekawych panów, którzy naciągają turystów na grę w ukryte kostki pod kubkiem. Przy okazji udawali, że się nie znają, srata tata, byle zabujać turystów.
Sporo osób dawało się nabrać na ich zagrywki tracąc przy okazji kasę.
Jest tam świetny punkt widokowy na najpiękniejszą część Budapesztu - Dunaj, Most Łańcuchowy, Parlament i Wzgórze Zamkowe.
Kawałeczek dalej są kawiarenki, dwa kramiki z pamiątkami. Idąc jeszcze dalej znajdujemy właściwe miejsce - pomnik Wolności. Dalej oglądamy cudowną panoramę miasta i kierujemy się w dół.
W przeciągu kilku minut pogoda zaczyna się zmieniać, nadciągają chmury i o 14tej nie ma już śladu po przepięknej wczesnojesiennej pogodzie.
Pogoda się zaczęła zmieniać zaczyna mżyć, spędzamy jeszcze troszkę czasu na małym placyku zabaw. I kierujemy się, mimo wszystko, pod Wzgórze Zamkowe.
Wzgórze Zamkowe i Zamek Królewski
Po zabawie na placu zabaw zmierzamy do historycznej kolejki. Po wykupieniu biletów wchodzimy i od razu ruszamy kolejką w górę. Klara nie śpi, biorę ją na ręce i patrzymy we dwie na panoramę Budapesztu.
Szybciutko jesteśmy na górze, pada już deszcz.
Rzucamy okiem na ogrody, tarasy i spacerujemy po okolicy póki nie leje się nam na głowy. Klara tupta na nóżkach, zwiedza każdy kąt.
Kierujemy się pod Pałac Sandorów, troszkę spacerujemy, ale pada coraz bardziej. Szukamy schronienia i ciepłego obiadu, znajdujemy go w knajpce tuż obok poczty.
Udaje się nam przewijąć, nakarmić (jest dostęp do mikrofali, można odgrzać słoiczek!) i uśpić Klarę. Sami zjadamy gulasz, ale wcale najlepszy nie jest :/
Dobrze, że bobo nie jadło.
Całe wzgórze zamkowe jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Następnie w deszczu kierujemy się do Kościoła św Macieja.
Przed kościołem stoi Kolumna Św. Trójcy na Placu Św. Trójcy.
Bilety kupujemy w kasie obok kościoła. Maluch bezpłatnie oczywiście wchodzi.
Po zwiedzeniu dołu można wejść na górę i zobaczyć mini muzeum.
Wygląd obecny kościoła pochodzi z 1970 roku. Wewnątrz podziwiamy piękne freski, zdobienia.. łuki i ogromne okna z witrażami.
Przede wszystkim zewnętrzny dach kościoła sw Macieja jest świetny, nietypowy, jednak przy pochmurnej ulewnej pogodzie nie przyglądamy mu się długo ;)
Po zwiedzeniu kościoła, kierujemy się na Basztę Rybacką, a tam..tłum! Kolejka ludzi stoi aż na placu poniżej schodów.
Nie decydujemy się wchodzić, ze względu na śpioszka w wózku.
Spacerujemy i podziwiamy przepiękną panoramę Budapesztu (w tym Parlament) w wieczornym oświetleniu i wracamy pod zamek.
Tam jeszcze sama (wózek po kocich łbach nie daje rady, a Klara śpi) robię spacer wokół dziedzińca zamkowego.
Podziwiam fontannę przedstawiająca polowanie króla Macieja Korwina. Budowa fontanny zakończyła się w 1904 roku i była częścią prac rekonstrukcyjnych Zamku Królewskiego.
Niestety, fontanną jest z nazwy, bo wody nie ma ani grama w niej ;) może latem woda jest?
Wieczorem zamek jest przepięknie oświetlony.
Po powrocie do Krzyśka i Klary decydujemy się (już wyspanej) zjechać na dół i powolutku spacerem (przestało padać!) wróciliśmy Mostem Łańcuchowym pod Bazylikę.
Stamtąd podeszliśmy na tradycyjnego langosza do małej budki, ale bardzo polecanej.
Głównymi składnikami ciasta na langosza są mąka pszenna, drożdże, gotowane utłuczone ziemniaki, mleko, cukier, sól i olej. Formowany jest placek ala pizza i siup do głębokiego tłuszczu. Na to dodatki - sos czosnkowy, ser a reszta wg uznania - co kto lubi.
Zjedliśmy jeden na spółkę i już. Nie powaliło nas na kolana. Dobre, ale nie żeby się tym ciągle obżerać.
Wydawało się ze wszystko spoko. Poszliśmy spać, a dopiero nad ranem umieraliśmy...
Jak dobrze, że Klara nie jadła...
Koniec części 2.
Etykiety:
bez biura podróży,
Budapeszt,
hotel,
kościół,
LennyLamb nosidełko,
lot,
samolotem z roczniakiem,
wakacje we troje,
we troje,
Węgry,
zamek,
zwiedzanie
19 listopada 2019
Budapeszt z roczniakiem - lot, hotel, transfer.
Od dawna chcieliśmy tam pojechać.
Nadarzyła się okazja. Ryanair wprowadził loty do Budapesztu. Śledziliśmy ceny biletów, wiedzieliśmy więc mniej więcej czego oczekiwać.
Gdy tylko w ręku trzymaliśmy dowód naszej Dziewczynki, kupiłam bilety na samolot, znalazłam polecany hotel na booking.com i rozpoczęliśmy odliczanie do urlopu.
Lot.
Trasa Poznań - Budapeszt.
Osobno Klary picie szło (niekapek), tubki też osobno, nurofen (syrop) też.
I osobno kilka naszych kosmetyków pakowanych w torebkę strunową w pojemnikach po 100 ml każdy, całość ok. 800 ml (z Klary piciem).
Dość długo czekaliśmy w kolejce do bramek, nikt nas nie przepuścił, ale piesek kontrolujący bagaże na lotnisku nas uratował :)
Wszystko oddali, nasze torby, ale wózka i picia brak. Dopiero po około 10 min oddali wózek. Chwilę później Klarci niekapek.
Co ciekawe, wykupiliśmy miejsca obok siebie. Podczas odprawy w sobotę. W samolocie zaproponowano nam oddzielne i zupełnie inne niż te wykupione. Informowaliśmy, że specjalnie było wykupione żeby być razem. Głównie ze względu na malucha... koniec końców łaskawie poprosili innych pasażerów o zamianę miejsc (było chyba z 15 pojedynczych miejsc wolnych).
Do samolotu weszliśmy jako ostatni. I ostatni wychodziliśmy z niego po wylądowaniu.
A pas dla Klary dostaliśmy przy wejściu do samolotu. Pokazano nam jak go zapiąć do pasa mojego. Uparli się ze mała ma siedzieć na mnie (bo ja miałam Klarę do siebie przypisaną) od przejścia w samolocie.
Jak Klara zniosła swój pierwszy lot?
Bez problemu.
Trochę się buntowała przy pasach, ale piciu, chrupki, smok i książeczka dały radę. Gdy było bardzo źle, uśpiłam ją w nosidełku w wc, było cicho czysto i dało się malca wyciszyć. 13ta na zegarku to mniej więcej czas na drzemkę, a pobudka była po 6tej.
Trasa Budapeszt - Poznań.
Tak samo jak w Poznaniu wszystko oddane osobno, z tymże tym razem nie było naszych kosmetyków, tylko 2 tubki po 90 ml zamknięte, niekapek, mleko w proszku (porcja) i 90 ml wody w butelce.
I do tego mleka się przyczepili. Tłumaczyłam ze ma rok, że to dla niej, że woda i mleko. Zabrali na kontrolę, tak samo niekapek. Udało się i nie wyrzucili.
Niestety, miałam w podręcznym pół szklanki (otwartej) nutelli i wyrzucili :( gadali że regulamin itd. Wyrzucili. Ehh.
Ja z Klarą jako pierwsza przeszłam. Klara sama przechodziła przez bramki, a dopiero później ja przeszłam. Oni chcieli ją brać na ręce przez te bramki (miałam stać przed, następnie podać im ją i potem sama przejść przez bramki; w Poznaniu przechodziłam z nią razem), ale wiedząc że będzie bunt, wolałam żeby przeszła sama te kilka kroków.
Nadarzyła się okazja. Ryanair wprowadził loty do Budapesztu. Śledziliśmy ceny biletów, wiedzieliśmy więc mniej więcej czego oczekiwać.
Gdy tylko w ręku trzymaliśmy dowód naszej Dziewczynki, kupiłam bilety na samolot, znalazłam polecany hotel na booking.com i rozpoczęliśmy odliczanie do urlopu.
Lot.
Trasa Poznań - Budapeszt.
Z Poznania lata Ryanair. Czas lotu..1 godzina! Nie 1,5g jak jest na stronie przewoźnika.
Wybraliśmy opcję "bagaż 10 kg do luku".
Oprócz tego każde z nas miało mały bagaż podręczny.
Na lotnisku Ławica do odprawy musieliśmy oddać wszystko, włącznie z opróżnionym i złożonym wózkiem.
Wybraliśmy opcję "bagaż 10 kg do luku".
Oprócz tego każde z nas miało mały bagaż podręczny.
Na lotnisku Ławica do odprawy musieliśmy oddać wszystko, włącznie z opróżnionym i złożonym wózkiem.
Osobno Klary picie szło (niekapek), tubki też osobno, nurofen (syrop) też.
I osobno kilka naszych kosmetyków pakowanych w torebkę strunową w pojemnikach po 100 ml każdy, całość ok. 800 ml (z Klary piciem).
Dość długo czekaliśmy w kolejce do bramek, nikt nas nie przepuścił, ale piesek kontrolujący bagaże na lotnisku nas uratował :)
Wszystko oddali, nasze torby, ale wózka i picia brak. Dopiero po około 10 min oddali wózek. Chwilę później Klarci niekapek.
Co ciekawe, wykupiliśmy miejsca obok siebie. Podczas odprawy w sobotę. W samolocie zaproponowano nam oddzielne i zupełnie inne niż te wykupione. Informowaliśmy, że specjalnie było wykupione żeby być razem. Głównie ze względu na malucha... koniec końców łaskawie poprosili innych pasażerów o zamianę miejsc (było chyba z 15 pojedynczych miejsc wolnych).
Do samolotu weszliśmy jako ostatni. I ostatni wychodziliśmy z niego po wylądowaniu.
A pas dla Klary dostaliśmy przy wejściu do samolotu. Pokazano nam jak go zapiąć do pasa mojego. Uparli się ze mała ma siedzieć na mnie (bo ja miałam Klarę do siebie przypisaną) od przejścia w samolocie.
Jak Klara zniosła swój pierwszy lot?
Bez problemu.
Trochę się buntowała przy pasach, ale piciu, chrupki, smok i książeczka dały radę. Gdy było bardzo źle, uśpiłam ją w nosidełku w wc, było cicho czysto i dało się malca wyciszyć. 13ta na zegarku to mniej więcej czas na drzemkę, a pobudka była po 6tej.
Trasa Budapeszt - Poznań.
Tak samo jak w Poznaniu wszystko oddane osobno, z tymże tym razem nie było naszych kosmetyków, tylko 2 tubki po 90 ml zamknięte, niekapek, mleko w proszku (porcja) i 90 ml wody w butelce.
I do tego mleka się przyczepili. Tłumaczyłam ze ma rok, że to dla niej, że woda i mleko. Zabrali na kontrolę, tak samo niekapek. Udało się i nie wyrzucili.
Niestety, miałam w podręcznym pół szklanki (otwartej) nutelli i wyrzucili :( gadali że regulamin itd. Wyrzucili. Ehh.
Ja z Klarą jako pierwsza przeszłam. Klara sama przechodziła przez bramki, a dopiero później ja przeszłam. Oni chcieli ją brać na ręce przez te bramki (miałam stać przed, następnie podać im ją i potem sama przejść przez bramki; w Poznaniu przechodziłam z nią razem), ale wiedząc że będzie bunt, wolałam żeby przeszła sama te kilka kroków.
I pani z obsługi nam pomogła gdy przyjechały nasze bagaże. Wózka nie było oczywiście, a mąż nadal w kolejce do przejścia przez bramki stał!
Gdy już oddali mi wózek, było lepiej, bo Klara była bezpieczna (tłumy ludzi i nasza malutka Dziewczynka..a gdyby ją ktoś zabrał?! albo gdyby weszła nie tam gdzie trzeba?), W końcu mogłam się na spokojnie zająć bagażem i odłożyć go na bok, żeby nie blokować przejścia.
Tutaj również mieliśmy wykupione miejsca i siedzieliśmy na nich. Okno i środek. I nikt się nie czepiał.
Pas przynieśli i czekali aż Klara będzie do mnie przypięta. A jak spała w nosidełku, to też kazali zapiąć (lądowanie). Stała stewardessa i czekała aż go zapniemy!
Wózek w obu przypadkach pod samolotem czekał.
Dojazd do miasta i hotelu - garść informacji praktycznych.
Z lotniska jedzie autobus komunikacji miejskiej - linia 100E.
Koszt 900HUF/os. (Ok12 zł osoba).
Zatrzymuje się na dwóch stacjach (Kálvin tér i Astoria) jadąc do centrum; z czego druga to już blisko hotelu.
Zaraz po wyjściu z lotniska widać biletomaty i same busy. Przed wyjściem z lotniska jest też informacja gdzie co i jak jeśli chodzi o bilety komunikacji. Tam można też je zakupić.
W autobusie babeczka od kontroli (przed wejściem do autobusu sprawdzają bilety!) jak nas zobaczyła (śpiąca Klara w nosidełku, wózek, bagaż) to zrobiła raban i wygoniła siedzących ludzi na środku (gdzie były oznaczenia dla wózka i inwalidów) nas tam usadziła. Nie trzeba było 40 min stać :D
Wysiada się (jadąc do hotelu w którym mieszkaliśmy) na przystanku "Astoria".
Uwaga!! Przejazd powrotny (miasto - lotnisko) jest z przystanku Kálvin tér (na Astorii zatrzymuje się tylko w nocy jadąc na lotnisko).
Od przystanku "Astoria" mijając stację Metra i tramwaje, jest ok 15 min drogi do hotelu spacerem.
Hotel.
Wybraliśmy hotel Ibis Syles Budapest Center.
I to był strzał w 10!
Wybierając pokój dwuosobowy poprosiłam o łóżeczko turystyczne dla Klary, prosiłam też o cichy pokój. I to wszystko zostało spełnione, co nas bardzo ucieszyło.
Pokój niewielki, ale naszej trójce odpowiadał.
Bardzo czysto, ręczniki (nawet Klara w łóżeczku miała ręcznik :) ), żel pod prysznicem.
Mega wygodne łóżko!
Klarci łóżeczko też ok, ale z jednej strony ciut naderwane (ale wystarczyło ją inaczej ułożyć i było ok).
Na dole przy recepcji stał automat, były herbaty do wyboru i kawa. To stamtąd braliśmy gorącą wodę dla Klarci na mleczko.
Śniadania hotelowe.
Wędliny, sery, serki topione, pomidory, ogórki, papryki, pasty do chleba, kiełbaski, jajka, jajecznica, dżemy i miód.. soki, kawa i herbata (do wyboru herbaty).
Pieczywo oraz słodkie bułeczki. Owoce.
No i hit - gofry! Było ciasto, mogliśmy sobie robić z czym się chciało. Klara konsumowała nawet bez dodatków. Przy śniadaniu poprosiliśmy o krzesełko do karmienia, bez problemu dostaliśmy.
Obsługa pomocna. Bardzo miło, bez żadnego problemu uzyskiwaliśmy wszelkie potrzebne informacje.
Hotel jest w starej, odnowionej kamienicy.
Obok hotelu, dosłownie 2 min drogi, jest Lidl.
5 min spacerem do stacji metra Blaha Lujza tér (jakby na końcu lidla ;) ). Do Mostu Elżbiety w linii prostej jest ok. 30min spacerem.
Do Mostu Łańcuchowego ok.45min spacerem.
Gdy już oddali mi wózek, było lepiej, bo Klara była bezpieczna (tłumy ludzi i nasza malutka Dziewczynka..a gdyby ją ktoś zabrał?! albo gdyby weszła nie tam gdzie trzeba?), W końcu mogłam się na spokojnie zająć bagażem i odłożyć go na bok, żeby nie blokować przejścia.
Tutaj również mieliśmy wykupione miejsca i siedzieliśmy na nich. Okno i środek. I nikt się nie czepiał.
Pas przynieśli i czekali aż Klara będzie do mnie przypięta. A jak spała w nosidełku, to też kazali zapiąć (lądowanie). Stała stewardessa i czekała aż go zapniemy!
Wózek w obu przypadkach pod samolotem czekał.
Dojazd do miasta i hotelu - garść informacji praktycznych.
Z lotniska jedzie autobus komunikacji miejskiej - linia 100E.
Koszt 900HUF/os. (Ok12 zł osoba).
Zatrzymuje się na dwóch stacjach (Kálvin tér i Astoria) jadąc do centrum; z czego druga to już blisko hotelu.
Zaraz po wyjściu z lotniska widać biletomaty i same busy. Przed wyjściem z lotniska jest też informacja gdzie co i jak jeśli chodzi o bilety komunikacji. Tam można też je zakupić.
W autobusie babeczka od kontroli (przed wejściem do autobusu sprawdzają bilety!) jak nas zobaczyła (śpiąca Klara w nosidełku, wózek, bagaż) to zrobiła raban i wygoniła siedzących ludzi na środku (gdzie były oznaczenia dla wózka i inwalidów) nas tam usadziła. Nie trzeba było 40 min stać :D
Wysiada się (jadąc do hotelu w którym mieszkaliśmy) na przystanku "Astoria".
Uwaga!! Przejazd powrotny (miasto - lotnisko) jest z przystanku Kálvin tér (na Astorii zatrzymuje się tylko w nocy jadąc na lotnisko).
Od przystanku "Astoria" mijając stację Metra i tramwaje, jest ok 15 min drogi do hotelu spacerem.
Hotel.
Wybraliśmy hotel Ibis Syles Budapest Center.
I to był strzał w 10!
Wybierając pokój dwuosobowy poprosiłam o łóżeczko turystyczne dla Klary, prosiłam też o cichy pokój. I to wszystko zostało spełnione, co nas bardzo ucieszyło.
Pokój niewielki, ale naszej trójce odpowiadał.
Bardzo czysto, ręczniki (nawet Klara w łóżeczku miała ręcznik :) ), żel pod prysznicem.
Mega wygodne łóżko!
Klarci łóżeczko też ok, ale z jednej strony ciut naderwane (ale wystarczyło ją inaczej ułożyć i było ok).
Na dole przy recepcji stał automat, były herbaty do wyboru i kawa. To stamtąd braliśmy gorącą wodę dla Klarci na mleczko.
Śniadania hotelowe.
Wędliny, sery, serki topione, pomidory, ogórki, papryki, pasty do chleba, kiełbaski, jajka, jajecznica, dżemy i miód.. soki, kawa i herbata (do wyboru herbaty).
Pieczywo oraz słodkie bułeczki. Owoce.
No i hit - gofry! Było ciasto, mogliśmy sobie robić z czym się chciało. Klara konsumowała nawet bez dodatków. Przy śniadaniu poprosiliśmy o krzesełko do karmienia, bez problemu dostaliśmy.
Obsługa pomocna. Bardzo miło, bez żadnego problemu uzyskiwaliśmy wszelkie potrzebne informacje.
Hotel jest w starej, odnowionej kamienicy.
Obok hotelu, dosłownie 2 min drogi, jest Lidl.
5 min spacerem do stacji metra Blaha Lujza tér (jakby na końcu lidla ;) ). Do Mostu Elżbiety w linii prostej jest ok. 30min spacerem.
Do Mostu Łańcuchowego ok.45min spacerem.
Etykiety:
bez biura podróży,
Budapeszt,
lot,
samolotem z roczniakiem,
wakacje we troje,
we troje,
Węgry,
zwiedzanie
3 listopada 2015
Malta i Gozo, cz.1.
Na Maltę zdecydowaliśmy się w sumie poniekąd w ciemno. Spodobał mi się kraj, ale jakoś nigdy nie myslałam, by go
odwiedzić. Ale za namową znajomych zaczęłam zgłębiać temat ;)
Wypatrzyłam Maltę w ofercie Wizz Air lot+hotel. No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że długo nie potrafiłam znaleźć interesującego mnie hotelu.
Postanowiłam więc zacząć szukać osobno - lot i osobno hotel. Ale Wizz nie miał ciekawych ofert lotów (cenowo). Weszłam na Ryanair iii okazało się, że są bilety! I nie kosztują dużo.
Męczyłam męża o kupno biletów i tak oto w połowie sierpnia wiedzieliśmy już, że .. LECIMY NA MALTĘ!
Cena biletu była dodatkowo wyższa o koszt bagażu rejestrowanego (20kg/2os), transfer lotnisko -> hotel hotel -> lotnisko oraz.. miejsca w samolocie.
PODRÓŻ.
Samolot odlatywał z Wrocławskiego lotniska. Więc z Poznania najpierw pociągiem do Wrocławia i spod (prawie) PKP autobusem pojechaliśmy na lotnisko.
Sam autobus Wrocław PKP -> LOTNISKO jedzie ok.35-40min (my jechaliśmy w niedzielę, więc nie było korków). Bilety kupujemy w biletomacie przy przystanku (tam + powrót) cena w 1 str od 1 os. to 3zł.
Wysiadamy tuż pod drzwiami lotniska.
Samo lotnisko fajne, prościutkie, podobało mi się. Nigdzie daleko nie trzeba było chodzić, a i oczekiwanie na otwarcie bramek umilił mi internet w strefie ING (tam też mogłam podładować sobie telefon, podłączając ładowarkę do kontaktu).
Gdy mogliśmy już przejść na strefę wolnocłową, chciałam kupić nam picie do samolotu. Okazało się, że ceny są mega wysokie. A ceny kanapek..omatkobosko! Za (jak się później okazało) bułkę z "kurczakiem" (całe 2 cienkie plasterki) i majonezem zapłaciłam prawie 8zł! Polecam wziąć swoje z domu hehe.
Do samolotu.. mieliśmy wchodzić 20:15, w ostateczności otwarto bramkę 20:30.
I tak: ci, co nie mieli wykupionych miejsc w samolocie, stali już w kolejce od ok.20-tej. Na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. A my spokojnie, na luzie, siedzieliśmy sobie na ławeczkach :)))
Dopiero na sam koniec kolejki podchodziliśmy.
A ci, co byli jako pierwsi i tak czekali na dole, bo z samolotu wychodzili jeszcze ludzie.
Przyszliśmy, nasze miejsca czekały :) Bomba!
Lot trwa (z Wrocławia) 2g 15min! Tyle to ja czasami wracam z Poznańskiej Ławicy do domu na Naramowicach! :-O
Malta przywitała nas.. ciepełkiem!!! I wilgocią. Będąc w bluzach i długich spodniach, szybko czuliśmy się oblepieni ;)
Po odebraniu bagażu, poszliśmy szukać naszego transferu do hotelu.
Pani w okienku na lotnisku pokazała i powiedziała, gdzie mamy czekać. Po chwili wyłonili się panowie ubrani elegancko (biała koszula + czarne "garniturowe" spodnie) i wołali - jaka miejscowość i jaki hotel/hotele.
Ale żaden nie wołał nas. Dopiero po 30min wreszcie przyszedł pan i zawołał St Paul`s Bay< Bugibba! No to już wiedzieliśmy że wreszcie przyszła na nas kolej.
Był to busik i podchodziło się po kolei hotelami. Gość wywoływał nazwiskami i tak wchodziliśmy.
A on układał bagaże. Tak więc my wchodziliśmy na końcu, ale jako pierwsi po ok.20min wysiadaliśmy.
HOTEL "TOPAZ".
W recepcji dostaliśmy klucz i kartę. Przy wychodzeniu z pokoju, klucz się wrzuca na recepcji do skrzynki. Po przyjściu, jeśli chcemy klucz z pokoju, trzeba okazać kartę i wtedy dostajemy klucz do pokoju.
Już na wejściu do pokoju okazało się, że..mamy widok na "basen" tyle że na dach restauracji, a z boku na końcówkę basenu.. ehh. A ileż to ja razy oglądałam ten hotel..opcja "pool view" była najlepszą, bo nie chcieliśmy dostać pokoju na jakimś zadupiu czy od strony śmietnika..
Pokoik czysty, schludny. Mamy stolik i krzesła, komodę z tv (anglojęzyczne kanały) i lodówkę w pokoju oraz suszarkę do włosów (da się nią szybko wysuszyć włosy, choć jest nie w łazience a w pokoju hehe).
Łazienka ma wannę z prysznicem, wc i umywalkę oraz lustro. I w "pakiecie" mini mrówki.. na szczęście nie groźne. Bardzo się pilnowaliśmy, żeby jedzenie sprzątać, okruszki i te sprawy. Mrówkowa inwazja nam nie potrzebna.
Następnego dnia rano próbowaliśmy zmienić pokój, to zaproponowano nam pokój na 5 piętrze, bez widoku na basen tylko na dość ruchliwą ulicę i z dwoma łóżkami nie dającymi się złączyć. Bez sensu.
Zostaliśmy więc w tym samym miejscu. Szkoda trochę, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Przynajmniej codziennie rano budziło nas cudowne słońce i cisza!
POSIŁKI.
Śniadania sobie dodatkowo wykupiliśmy przy rezerwacji pokoju. Chcieliśmy mieć rano święty spokój z szykowaniem sobie śniadań. Tak, żeby wstać i pójść sobie coś zjeść.
I to był dobry pomysł. Bo, po wstępnym rekonesansie, okazało się, że musielibyśmy chodzić raczej do centrum, żeby coś zjeść na śniadanie. Ok.10-15 min marszu od hotelu. Może komuś się chce, my jesteśmy z tych wygodnickich :D
A tak mamy do wyboru: jajka - na twardo, jajecznicę, sadzone. Bekon, kiełbaski, fasolkę, dżemy, twaróg, ichniejsza wędlina, ser żółty, sałatę zieloną, pomidory! Pieczywo jasne ciemne (bagietki i bułeczki) i masełka.
Mleko do płatków (temp pokojowa), kilka rodzajów płatków do stworzenia własnego musli ;)
Owoce (pomarańcze, grejpfruty, brzoskwinie z puszki i zamiennie: banany, kiwi) pokrojone w kawałki oraz jogurty.
Dodatkowo "2 śniadanie" przepyszne rogaliki z ciasta francuskiego ciepłe! i ciepła nutella! boszz przepychota! :) Kawa, gotowa herbata, woda gorąca i czarna zwykła herbata do zaparzenia oraz biały cukier.
Na stolikach stoją koszyczki ze sztućcami czystymi i serwetkami. Na bieżąco uzupełniane.
Jadalnia jest w budynku, ale można zjeść również na zewnątrz, przy basenie.
PLAN POBYTU NA MALCIE I GOZO.
Z domu zabraliśmy przewodnik oraz wszelkie informacje, które zebrałam w plik tekstowy i wydrukowałam. Nie planowaliśmy nic kontretnego na dany dzień z góry.
Poprostu każdego dnia wieczorem siadaliśmy i zastanawialiśmy się gdzie pojechać, czym i ile nam to zajmie. Staraliśmy się pytać również w recepcji hotelu, co gdzie jak oraz popołudniami siedzieliśmy z internetem, mapą i planami pobytu.
I tak, po wakacjach, wyszło, że nieźle się urządziliśmy :D to tak nie chwaląc się ;)
DZIEŃ PIERWSZY. Bugibba i Qawra.
Chcieliśmy zobaczyć, gdzie jest morze, jakieś plaże, co jest w okolicy i czy da się tam gdzieś coś zjeść oraz poplażować na dłużej.
Znaleźliśmy parę fajnych miejsc do plażowania (nawet na skałkach), wiem już, gdzie znajdę darmowy dostęp do wifi :P
Wiemy również, że lody z mc donalda w centrum, szybko się roztapiają i zamieniają w mleko. Ale spróbować zawsze warto! I jest wifi!
Bugibba leży nad zatoką St. Paul's Bay, na wschodnim wybrzeżu Malty, ok. 20 km od stolicy wyspy Valletty. Jest główna promenada, są hotele, knajpki, sklepiki. Na skałach można się plażować, w niektórych miejscach są drabinki do zejścia do wody.
Zwieńczenie pierwszego dnia to... kąpiel. Znaleźliśmy plażę Qawra Beach i miałam w planie tylko "pomoczyć nóżki", ale pośliznęłam się i wpadłam. I nawet dobrze się stało! bo okazało się, że woda ciepła i fajne ochłodzenie po całym dniu. Do hotelu wracamy ledwie żywi (ciągnie się za nami jeszcze wczorajsze niewyspanie po podróży) i mokrzy z kąpieli, bo nie wysychamy tak szybko jak byśmy chcieli. Ale kto by się tym przejmował!
DZIEŃ DRUGI: VALETTA.
Zapowiadali smętną pogodę - w sensie pochmurno.
Uznaliśmy, że nie ma na co czekać. Rozpoczynamy zwiedzanie wyspy! I pierwszą wyprawę poza nasze miasteczko!
Uzbrojeni w mapkę okolicy wiemy, gdzie są przystanki oraz gdzie co dokąd odjeżdża. Sprawdziliśmy to wieczorem.
Tak więc po śniadaniu pakowanko i wymarsz na autobus do stolicy! Valetta czeka!
Najpierw jednak dłuższe oczekiwanie na autobus.
A jak w końcu wsiedliśmy too.. okazało się, że w autobusie lo-dó-wa! tak na maksa! brr! Kierowca chyba w gorącej wodzie kąpany ;) A na zewnątrz +35stopni.
Jazda trwała jakieś 30min! po drodze oglądnęliśmy parę fajnych miejsc. Ale tylko z okna. Najbardziej zapadła nam w pamięć katedra w Mosta - będziemy chcieli tam wrócić.
A skąd wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy? nasz przewodnik ma mapę wyspy i w niej są zaznaczone miejscowości. Mamy również mapkę linii autobusowych po Malcie (wziętą z hotelu). W dodatku w autobusie wyświetlają się nazwy przystanków. Kierowca również służy podpowiedzią.
Valetta, stolica, wita nas słońcem i upałem! a miało być pochmurno!
Zwiedzanie postanawiamy zacząć od ul. Republiki. Poprostu wymyśliliśmy, że pójdziemy tą ulicą do końca, aż do fortu św. Elma, a jeśli po drodze coś nas zainteresuje to oczywiście zboczymy z trasy. Jednak żeby się nie pogubić, chcieliśmy właśnie ciągle kierować się do tejże ulicy. Taki punt orientacyjny wśród pierdylionu uliczek :D
Jako pierwsze rzuca się nam w oczy...tłum! Ludzie, ludzie i raz jeszcze ludzie! a mamy październik. Nie chcę wiedzieć co tu się dzieje np w lipcu czy sierpniu...
Na pierwszy ogień "idzie" sala koncertowa na świeżym powietrzu :) Pjazza Tearu Rijal. Kolumny przypominają nam trochę Koloseum w El Jem w Tunezji, gdzie byliśmy rok temu.
Idziemy ciut wyżej, a tam całkiem ładny budynek, z dwiema armatami na przodzie :) i mnóstwem ludzi, którzy robią sobie tam fotki. Jak i my oczywiście :)
Okazuje się, że obecnie to siedziba premiera Malty, Pjazza Kastilija.
Stamtąd już tylko krok od sklepów, do których oczywiście wstąpiłam. Najpierw moim oczom ukazał się NEXT! Nie ma go w Poznaniu.
Potem ORSAY. I, co ciekawe, tuż obok ślicznego sklepiku mamy..warzywniak! :)) w PL chyba by to nie przeszło.
Dalej idziemy wzdłuż ul.Republiki. Kolejna atrakcja powoduje, że "zbaczamy" z trasy.
To Konkatedra św. Jana.
A przed wejściem spora kolejka. Więc ustawiamy się i my. Płatność w kasie. W plecaku mam szmatkę, by w razie "w" móc wejść do katedry czy muzeum, czyli na ramiona narzucam pareo.
W krótkich spodenkach mogę wejść. Mąż także ma krótkie spodenki, ale nie robią problemu przy wejściu, jednak każą mu plecak przełożyć do przodu. Dostajemy jakby walkie talkie, ulotki i naprzód. W odbiorniku nagrane jest w różnych jezykach (nie ma PL) co w danym miejscu zwiedzamy (miejsca oznaczone numerkami).
Uwaga! Nie we wszystkich miejscach można fotografować. Dość skrzętnie tego pilnują. Wszędzie też są kamerki.
Sama katedra piękna, ale to w sumie muzeum nie kościół :)
Bogata, ogromna, piękna. Konkatedra posiada 8 kaplic, z których każda poświęcona jest jednemu z „języków” zakonu joannitów.
Idziemy dalej. Mijamy bibliotekę, pstrykamy fotosy. Nie wchodzimy.
Znowu wychodzimy na ul. Republiki. Mijamy sklepiki, po drodze kupujemy picie.
W niektórych miejscach są niskie szerokie schodki. Uliczki wąskie. Wszędzie gdzie się da, zaparkowane samochody.
Na koniec ulicy Republiki docieramy do fortu St. Elmo. Jednak nas tam nie ciągnie, więc nie wchodzimy.
Z okolicy fortu jest przepiękny widok na 3Cities i zatokę Grand Harbour.
Schodzimy na sam dół, pod fort. Naszym oczom ukazuje się ogrom murów fortu :)
Tam zrobiliśmy sobie odpoczynek prawie nad samą wodą. Czuliśmy się malutcy pod tymi ogromniastymi murami.
Idąc do góry już ponownie w kierunku miasta, spotkaliśmy kilka słodkich kociaków.
Następnie wzdłuż ulicy kierowaliśmy się do Dzwonu Wolności, a potem stamtąd do znajdujących się prawie obok, dolnych ogrodów Barracka.
DOLNE OGRODY BARRACKA.
W sumie to poprostu park. Ale rosną w nim śliczne roślinki, głównie moje wymarzone hibiskusy.
Spacer, fotki, kibelek i lecimy dalej :)
Następnie GÓRNE OGRODY BARRACKA.
I tam było więcej ludzisków już :) Bo i większe atrakcje!
Byliśmy przed 16-tą i załapaliśmy się na strzelanie z armaty. Fajnie moc sobie zobaczyć jak się strzela, a huk był mega :) Widok oprócz armat, zatoki Grand Harbour, Trzech Miast, jest także na pięky port z ogromnymi statkami.
Stamtąd można było windą zjechać na dół lecz my poszliśmy na nóżkach.
Mieliśmy okazję widzieć prom ze zdjęcia z bliska..ale o tym później ;)
Valetta ma bardzo głęboki port, dlatego tak ogromne statki mogą w nim cumować.
Wróciliśmy na plac przy Parlamencie i pokierowaliśmy się do ostatnich ogrodów(z tych głównych), czyli HASTINGS GARDEN.
A tam pusto. Ławeczki, roślinki i ten widok! Na zatokę i rozbudowującą się Sliemę, którą mamy w planie również zwiedzić.
Tam odpoczęliśmy, nabraliśmy sił i kierowaliśmy się na ul. Republiki.
A stamtąd już do autobusu, który zawiózł nas do Bugibby.
DZIEŃ TRZECI - MDINA I RABAT oraz KLIFY DINGLI.
Wczoraj wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Sprawdziliśmy się w pierwszym samodzielnym zwiedzaniu. Więc dziś też idziemy za ciosem.
Kierunek: Mdina i Rabat (przedmieścia Mdiny). Sama Mdina była dawną stolicą wyspy, położona jest w centralnej części Malty.
Do Rabatu jechaliśmy krótko. Jednak trochę się naczekaliśmy na autobus.. ah te maltańskie autobusy...momentami chciałam zrezygnować z jazdy i wybrać jakiś inny kierunek. No, ale w końcu (po 40min opóźnieniu) autobus przyjechał.
Wysiadając w Rabacie, dosłownie tuż przy przystanku mamy fajny park, ławeczki. To tam się udało nam spokojnie przepakować i wyjąć z plecaka aparat i pareo (w planach kościół :) ). W autobusach bywają tłumy, dlatego wszystko co cenne chowamy w plecaku i przekładamy go na przód.
Po przeciwnej stronie mamy od razu Domus Romana. Czyli tak na prawdę Muzeum Starożytnego Rzymu. Można w nim zobaczyć jak mieszkali i żyli Rzymianie. Chlubą tego miejsca są mozaiki na podłogach. Na zewnątrz, dla niewprawionego oka to.. kupa kamieni i gruzu.
Tam wszedł Krzyś, bo to jego "klimaty". Ja ładowałam się na ławeczce w parku :)
Później od razu skierowaliśmy się do Mdiny.
Sama Mdina jest pięknie położona na wzgórzu i góruje nad całą Maltą.
Oczywiście my, jak to my - przyszliśmy "od dołu". Żadne z nas nie wpadło na to, że kawałek dalej jest "główne" wejście. Ale to nic. Przynajmniej połaziliśmy dłużej i więcej zobaczyliśmy.
Sama Mdina jest urokliwa. Ma bardzo dużo małych, wąskich uliczkek. Niby powinno być cicho, ale ogrom ludzi sprawił, że nie dało się za bardzo odczuć konkretnego przeznaczenia tego miejsca.
Wszystkie uliczki skupione były wokół barokowej katedry św. Pawła.
Ale niestety, mimo iż był to środek tygodnia, ludzi było od grona i ciut ciut. Ale my wytrwale czekaliśmy aż ludzie znikną i będzie można robić zdjęcia.
Zanim weszliśmy do samej katedry, wykupiliśmy bilet (trzeba zapłacić za wejście do kościoła!) i poszliśmy najpierw do muzeum na przeciwko katedry.
W sumie w muzeum dużo eksponatów, które pochodziły z katedry. Niestety, w muzeum był zakaz robienia zdjęć, więc po kryjomu coś tam się pstryknęło.
Sama katedra bardzo ładna. Ciekawe są również zegary na wieżach katedry. Jeden wskazuje normalne godziny i minuty, a drugi miesiące i dni. Nietypowe :D Długo się zastanawialiśmy co który pokazuje heh.
Ciekawostka: Dwa trony naprzeciw głównego ołtarza zarezerwowane są dla biskupa Malty i dla Wielkiego Mistrza Zakonu Joannitów.
W Mdinie jest jeszcze warty uwagi sklep MDINA GLASS. Wyroby powalają.. Spędziliśmy tam dobrą godzinę, oglądając, podziwiając i zastanawiając się, co by sobie przywieźć jako pamiątkę.
Postanawiamy tu jeszcze wrócić innym razem - do samego sklepu :)
Z Mdiny wyszliśmy dosyć szybko, bowiem postanowiliśmy jeszcze pojechać na Klify Dingli.
Do Klifów dojechaliśmy autobusem z Rabatu. Nie możemy się nadziwić kierowcom. Ograniczenie do 30km/h, a ten zasuwa przynajmniej 60-tką i to tymi tyciutkimi wąskimi uliczkami :) No i ma się wrażenie, że wystawi się rękę za okno i mamy dom, możemy go złapać i "zabrać" ze sobą :)
Wysiedliśmy niedaleko urokliwej kapliczki. Kapliczka bardzo ładna, tak na samym skraju skarpy nad poniekąd brzegiem morza. Przed kapliczką wylegiwało się boskie psisko :) Ewidentnie bezpański. Ale taki milusi był, tylko te smutne oczęta...
Kapliczka oczywiście zamknięta, ale przez "dziurkę od klucza" podglądnęłam :) Maciupcieńka, ale bardzo zadbana, czyściutka.
Krzyś w międzyczasie zakupił sobie owoc opuncji od ulicznego sprzedawcy warzyw i owoców.
Jedliście opuncję już?? Śmiesznie smakuje - probowałam. Jakby melon z pestkami, których nie da się pogryźć i my pluliśmy :) ale taki jakby bez wyraźnego smaku. Więcej już nie próbowaliśm.
Jednak po samych klifach nie do końca tego się spodziewaliśmy. Owszem, wysokość robiła swoje. Nie były to surowe skały wchodzące do morza. Tzn przynajmniej z naszej lokalizacji nie było takich spektaularnych widoków. Nie chcieliśmy się oddalać bardzo od przystanku, bo z tymi autobusami to nigdy nic nie wiadomo, nie mieliśmy ochoty zostać do niewiadomokiedy na klifach, gdzie żywej duszy nie było!
A jakby pomiędzy klifami, na płaskim terenie poniżej nas były domy! Próbowaliśmy nawet zejść w dół, ale niestety wszędzie były znaki zakazu wejścia, albo z napisami PRIVATE i znaki informujące o terenie monitorowanym. Lepiej się tam na własną rękę nie zapuszczać ;)
Pospacerowaliśmy, oglądnęliśmy. Co prawda pogoda jakoś nie do końca dopisała, bo było tochę pochmurno, i nie było przejrzystości powietrza :/
Będąc na klifach, podziwiamy "z bliska" wysepkę Filfla z Archipelagu Maltańskiego. Wysepka jest niezamieszkała, o klifowych brzegach wznoszących się ok. 60 m nad powierzchnię morza. Filfla stanowi aktualnie rezerwat przyrody
No i czekamy na autobus. W międzyczasie debatujemy nad planem dnia kolejnego ;)
Następnie autobusem wróciliśmy do Rabatu i jeszcze pospacerowaliśmy uliczkami miasta oczekując na kolejną przesiadkę, tym razem już do siebie - do Bugibby,
DZIEŃ 4: Plaże: GOLDEN BAY, GNEJNA BAY i GHAJN TUFFIEHA.
Pogoda zrobiła się cudowna, upalna. Po krótkiej naradzie uznaliśmy, że należy się udać na zasłużony odpoczynek. Na piaszczystą plażę Golden Bay.
Dojechaliśmy z Bugibby autobusem. Cała jazda to ok.15min.
Wjeżdżamy w okolice miejscowości Ghajn Tuffieha i plaży Golden Bay i naszym oczom ukazują się... nie, nie morze. Najpierw buso-sklepy z pamiątkami :) a dopiero za nimi plaża (trochę zatłoczona, ale bez przesady) i morze.
Po prawej stronie mamy trzy budynki hoteli sieci Radison, widoki z okien mają mega fantastyczne! Mają również wygospodarowaną część plaży prywatną.
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na plażing i zabraliśmy ze sobą kanapki. Można było również kanapki zakupić w buso-sklepach, ale woleliśmy mieć swoje. Woda piękna, niebieściutka. Morze chyba co nieco przyniosło, bo trochę tyh wodorostów i śmietków było. Ale mimo wszystko fajnie było się na piasku rozłożyć i poopalać. Wifi słabe, ale jest! :))) Mogę się dzielić z insta-znajomymi tym pięknym kawałkiem Malty.
Gdy już nam się znudził leżing i smażing, spakowaliśmy się i poszliśmy na górę. Na skały, które oddzielały trzy piękne plaże obok siebie.
Widoki z góry przepiękne i przecudowne.
Ale szło się ciężko. Skały, kamienie, no i pion. Tak jakby drogi czy też ścieżki nie było. Między piękną bujną zieloną roślinnością idzie się w górę. Było ciężko. Ale wyszliśmy. A jakie widoki! No nic tylko sobie tam zostać i podziwiać.
Na górze oczywiście wieża :) Ghajn Tuffieha Tower.
Przekonałam się, że porządne buty to skarb :) w moim przypadku - porządne sandały, które mają dobrą przyczepność do podłoża. No i można w nich wchodzić do wody.
Kawałek tuptamy górą, całkiem normalnym terenem iii naszym oczom ukazała się kolejna plaża. Chyba bardziej urokliwa niż Golden. To Ghajn Tuffieha. Mniejsza, węższa. Można poczuć się tam intymnie wręcz :))
Z góry widać również trzecią plażę Gnejna Bay. Też ładna, ale z moją kontuzjowaną nogą i problemem z kręgosłupem, niestety niedostępna (żeby zejść na dół po stromym zboczu).
Ciężko, ale udało się nam zejść na drugą, na Ghajn Tuffieha. Tam sobie posiedzieliśmy na kamieniach, pospacerowaliśmy troszkę i czekaliśmy na zachód słońca przy pizzy w pobliskiej knajpce. Mieliśmy okazję pooglądać surferów po zachodzie słońca.
A potem schodami na górę iii.. biegiem na autobus. Wiedzieliśmy, że następny jest za godzinę.. Tylko co tam robić jeszcze godzinę po zmroku? Udało się i zdążyliśmy.
Opaleni i spaleni, jak się okazało, wróciliśmy do hotelu :) warto było.
DZIEŃ 5: WYSPA GOZO.
Wstaliśmy ciutkę wcześniej, poszliśmy na śniadanko. A po powrocie spakowaliśmy się i wioo na autobus do Cirkewwa. A tam już prom na Gozo.
Po wyjściu z autobusu od razu zostaliśmy skierowani na prom. Gdy wszyscy weszli, prom poprostu odpłynął :)
Płynęliśmy jakieś max 20min. Po drodze mijaliśmy Comino, Blue Lagoon i malutkie Cominotto.
Dopłynęliśmy do Mgarr na Gozo. Zaraz po zejściu z promu zostaliśmy "zaatakowani" ulotkami itp.
Ale wiedzieliśmy, że chcemy objechać Gozo autobusem Gozo Sightseeing Hop ON hop OFF. Są jeszcze jedne autobusy. O podobnej nazwie - Gozo CitySightseeting Hop On hop OFF. Łatwo je pomylić, ale oryginalne "zwiedzacze" Gozo są zielone. Te drugie są czerwone.
Takim utobusem można objechać całą wyspę. Można wsiąść i tylko z autobusu zwiedzać. Ale można również (jak nazwa mówi: hop on hop off) wchodzić i wychodzić na którym przystanku nam się podoba.
My zdecydowaliśmy się na trzy wysiadki :)
Pierwsza wysiadka - Ramla Bay plaża piaszczysta, mówią że to plaża z czerwonym piaskiem.
Już z góry widzieliśmy niesamowitą scenerię. Najpierw z drogi widać pola i rośliny, które już wymęczone słońcem nie są soczyście zielone. Następnie w oddali widać zatoczkę i przecudnie mieniącą się wodę. Najpierw jasną, wręcz turkusową, a dalej nawet granatową :)
Plaża ma ciemniejszy piasek niż na Golden Bay. Momentami jest ceglasty. Woda niestety brudna. Takie szuwarki sobie pływały w ogromnych ilościach.
Chwilę pospacerowaliśmy, kupiliśmy lody i wracaliśmy do autobusu.
Jedna drobna uwaga: nie jedzcie lodów w autobusie Hop On Hop Off... zwłaszcza, jeśli on jedzie i jeszcze wieje jak diabli. Całe lody, które będziecie mieli na np. łyżeczce (jak ja), wylądują na Was i osobie towarzyszącej :)) nie jest to miłe i może trochę śmieszne na początku, ale potem nie ma gdzie się z tej słodyczy umyć, bo w morzu woda słona :D
Kolejny przystanek na Gozo to Savina Creativity Centre, tam można zakupić lokalne specjały, pamiątki itp - z tego co słyszeliśmy. My się nie decydowaliśmy na wysiadkę tam. W sumie tam był 10min postój. Kto chciał wysiadał, autobus czekał, nie odjeżdżał.
Następnym przystankiem na trasie był punkt widokowy, z którego pięknie było widać całą Ramla Bay.
Dziewiątym przystankiem na trasie była piękna świątynia Ta`Pinu Sanctuary. My nie wysiadaliśmy, zależało nam by dojechać do Dwejra i Azure Window, w międzyczasie pogoda się zaczęła psuć, nie było już słońca i miało się wrażenie, że zaraz zacznie padać deszcz. Zrobiło się chłodno, a w autobusie wiało.
Autobus przejeżdżał dość wolno, spokojnie mogliśmy sobie zrobić fotki.
Po powrocie na Maltę trochę żałowaliśmy troszeczkę, że jednak nie wysiedliśmy tam i nie zwiedziliśmy sanktuarium. Ale będzie na następny raz ;)
Jedenastym przystankiem na całej trasie jest słynna Dwejra i Azure Window.
Wiatrzysko było niesamowite. Ludziiii jak mrówków. Ale oboje przyznaliśmy, że warto było. Skały robią mega fantastyczne wrażenie.
Azure Window powstało w wyniku erozji wapienia.
Troszeczkę pospacerowaliśmy również po okolicznych skałkach (po raz kolejny dodam - warto mieć porządne buty, czy sandały. Choć widziałam również dziewczyny w japonkach czy obcasach..)
Tam również można było uczyć się nurkować z butlą.
Przy Azure Window można było zakupić również szklane pamiątki z Glass Gozo. Coś w stylu Mdina Glass na Malcie.
Wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy dalej, już w kierunku portu. Momentami padał deszcz, zrobiło się średnio przyjemnie, a nas czekał jeszcze prom na Maltę i połowa Malty do przejechania autobusem.
Z Dwejra pojechaliśmy dalej, już bez wysiadania.
Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na nas miejscowość Xlendi. Taka fajna malutka w skałach. Aż miło było popatrzeć.
Następnie przejechaliśmy też przez Xewkiję i wróciliśmy już do portu Mgarr. Tam udaliśmy się od razu na prom. Ale najpierw zakup biletów w kasie (płaci się dopiero przy powrocie na Maltę) i następnie wchodzi na prom.
Na Malcie w Cirkewwa zaraz po zejściu z promu wsiedliśmy w autobus i wróciliśmy do Bugibby.
Wypatrzyłam Maltę w ofercie Wizz Air lot+hotel. No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że długo nie potrafiłam znaleźć interesującego mnie hotelu.
Postanowiłam więc zacząć szukać osobno - lot i osobno hotel. Ale Wizz nie miał ciekawych ofert lotów (cenowo). Weszłam na Ryanair iii okazało się, że są bilety! I nie kosztują dużo.
Męczyłam męża o kupno biletów i tak oto w połowie sierpnia wiedzieliśmy już, że .. LECIMY NA MALTĘ!
Cena biletu była dodatkowo wyższa o koszt bagażu rejestrowanego (20kg/2os), transfer lotnisko -> hotel hotel -> lotnisko oraz.. miejsca w samolocie.
PODRÓŻ.
Samolot odlatywał z Wrocławskiego lotniska. Więc z Poznania najpierw pociągiem do Wrocławia i spod (prawie) PKP autobusem pojechaliśmy na lotnisko.
Sam autobus Wrocław PKP -> LOTNISKO jedzie ok.35-40min (my jechaliśmy w niedzielę, więc nie było korków). Bilety kupujemy w biletomacie przy przystanku (tam + powrót) cena w 1 str od 1 os. to 3zł.
Wysiadamy tuż pod drzwiami lotniska.
Samo lotnisko fajne, prościutkie, podobało mi się. Nigdzie daleko nie trzeba było chodzić, a i oczekiwanie na otwarcie bramek umilił mi internet w strefie ING (tam też mogłam podładować sobie telefon, podłączając ładowarkę do kontaktu).
Gdy mogliśmy już przejść na strefę wolnocłową, chciałam kupić nam picie do samolotu. Okazało się, że ceny są mega wysokie. A ceny kanapek..omatkobosko! Za (jak się później okazało) bułkę z "kurczakiem" (całe 2 cienkie plasterki) i majonezem zapłaciłam prawie 8zł! Polecam wziąć swoje z domu hehe.
Do samolotu.. mieliśmy wchodzić 20:15, w ostateczności otwarto bramkę 20:30.
I tak: ci, co nie mieli wykupionych miejsc w samolocie, stali już w kolejce od ok.20-tej. Na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. A my spokojnie, na luzie, siedzieliśmy sobie na ławeczkach :)))
Dopiero na sam koniec kolejki podchodziliśmy.
A ci, co byli jako pierwsi i tak czekali na dole, bo z samolotu wychodzili jeszcze ludzie.
Przyszliśmy, nasze miejsca czekały :) Bomba!
Lot trwa (z Wrocławia) 2g 15min! Tyle to ja czasami wracam z Poznańskiej Ławicy do domu na Naramowicach! :-O
Malta przywitała nas.. ciepełkiem!!! I wilgocią. Będąc w bluzach i długich spodniach, szybko czuliśmy się oblepieni ;)
Po odebraniu bagażu, poszliśmy szukać naszego transferu do hotelu.
Pani w okienku na lotnisku pokazała i powiedziała, gdzie mamy czekać. Po chwili wyłonili się panowie ubrani elegancko (biała koszula + czarne "garniturowe" spodnie) i wołali - jaka miejscowość i jaki hotel/hotele.
Ale żaden nie wołał nas. Dopiero po 30min wreszcie przyszedł pan i zawołał St Paul`s Bay< Bugibba! No to już wiedzieliśmy że wreszcie przyszła na nas kolej.
Był to busik i podchodziło się po kolei hotelami. Gość wywoływał nazwiskami i tak wchodziliśmy.
A on układał bagaże. Tak więc my wchodziliśmy na końcu, ale jako pierwsi po ok.20min wysiadaliśmy.
Pozdróż do Wrocławia na lotnisko.
Na samym dole po prawej busik hotelowy - Malta.
HOTEL "TOPAZ".
W recepcji dostaliśmy klucz i kartę. Przy wychodzeniu z pokoju, klucz się wrzuca na recepcji do skrzynki. Po przyjściu, jeśli chcemy klucz z pokoju, trzeba okazać kartę i wtedy dostajemy klucz do pokoju.
Już na wejściu do pokoju okazało się, że..mamy widok na "basen" tyle że na dach restauracji, a z boku na końcówkę basenu.. ehh. A ileż to ja razy oglądałam ten hotel..opcja "pool view" była najlepszą, bo nie chcieliśmy dostać pokoju na jakimś zadupiu czy od strony śmietnika..
Pokoik czysty, schludny. Mamy stolik i krzesła, komodę z tv (anglojęzyczne kanały) i lodówkę w pokoju oraz suszarkę do włosów (da się nią szybko wysuszyć włosy, choć jest nie w łazience a w pokoju hehe).
Łazienka ma wannę z prysznicem, wc i umywalkę oraz lustro. I w "pakiecie" mini mrówki.. na szczęście nie groźne. Bardzo się pilnowaliśmy, żeby jedzenie sprzątać, okruszki i te sprawy. Mrówkowa inwazja nam nie potrzebna.
Następnego dnia rano próbowaliśmy zmienić pokój, to zaproponowano nam pokój na 5 piętrze, bez widoku na basen tylko na dość ruchliwą ulicę i z dwoma łóżkami nie dającymi się złączyć. Bez sensu.
Zostaliśmy więc w tym samym miejscu. Szkoda trochę, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Przynajmniej codziennie rano budziło nas cudowne słońce i cisza!
Pierwsze zdjęcie po prawej i pierwze po lewej
to nasz widok z okna pokoju.
Śniadania sobie dodatkowo wykupiliśmy przy rezerwacji pokoju. Chcieliśmy mieć rano święty spokój z szykowaniem sobie śniadań. Tak, żeby wstać i pójść sobie coś zjeść.
I to był dobry pomysł. Bo, po wstępnym rekonesansie, okazało się, że musielibyśmy chodzić raczej do centrum, żeby coś zjeść na śniadanie. Ok.10-15 min marszu od hotelu. Może komuś się chce, my jesteśmy z tych wygodnickich :D
A tak mamy do wyboru: jajka - na twardo, jajecznicę, sadzone. Bekon, kiełbaski, fasolkę, dżemy, twaróg, ichniejsza wędlina, ser żółty, sałatę zieloną, pomidory! Pieczywo jasne ciemne (bagietki i bułeczki) i masełka.
Mleko do płatków (temp pokojowa), kilka rodzajów płatków do stworzenia własnego musli ;)
Owoce (pomarańcze, grejpfruty, brzoskwinie z puszki i zamiennie: banany, kiwi) pokrojone w kawałki oraz jogurty.
Dodatkowo "2 śniadanie" przepyszne rogaliki z ciasta francuskiego ciepłe! i ciepła nutella! boszz przepychota! :) Kawa, gotowa herbata, woda gorąca i czarna zwykła herbata do zaparzenia oraz biały cukier.
Na stolikach stoją koszyczki ze sztućcami czystymi i serwetkami. Na bieżąco uzupełniane.
Jadalnia jest w budynku, ale można zjeść również na zewnątrz, przy basenie.
PLAN POBYTU NA MALCIE I GOZO.
Z domu zabraliśmy przewodnik oraz wszelkie informacje, które zebrałam w plik tekstowy i wydrukowałam. Nie planowaliśmy nic kontretnego na dany dzień z góry.
Poprostu każdego dnia wieczorem siadaliśmy i zastanawialiśmy się gdzie pojechać, czym i ile nam to zajmie. Staraliśmy się pytać również w recepcji hotelu, co gdzie jak oraz popołudniami siedzieliśmy z internetem, mapą i planami pobytu.
I tak, po wakacjach, wyszło, że nieźle się urządziliśmy :D to tak nie chwaląc się ;)
DZIEŃ PIERWSZY. Bugibba i Qawra.
Chcieliśmy zobaczyć, gdzie jest morze, jakieś plaże, co jest w okolicy i czy da się tam gdzieś coś zjeść oraz poplażować na dłużej.
Znaleźliśmy parę fajnych miejsc do plażowania (nawet na skałkach), wiem już, gdzie znajdę darmowy dostęp do wifi :P
Wiemy również, że lody z mc donalda w centrum, szybko się roztapiają i zamieniają w mleko. Ale spróbować zawsze warto! I jest wifi!
Spacerkiem po Bugibbie!
Zwieńczenie pierwszego dnia to... kąpiel. Znaleźliśmy plażę Qawra Beach i miałam w planie tylko "pomoczyć nóżki", ale pośliznęłam się i wpadłam. I nawet dobrze się stało! bo okazało się, że woda ciepła i fajne ochłodzenie po całym dniu. Do hotelu wracamy ledwie żywi (ciągnie się za nami jeszcze wczorajsze niewyspanie po podróży) i mokrzy z kąpieli, bo nie wysychamy tak szybko jak byśmy chcieli. Ale kto by się tym przejmował!
Qawra Beach
Zapowiadali smętną pogodę - w sensie pochmurno.
Uznaliśmy, że nie ma na co czekać. Rozpoczynamy zwiedzanie wyspy! I pierwszą wyprawę poza nasze miasteczko!
Uzbrojeni w mapkę okolicy wiemy, gdzie są przystanki oraz gdzie co dokąd odjeżdża. Sprawdziliśmy to wieczorem.
Tak więc po śniadaniu pakowanko i wymarsz na autobus do stolicy! Valetta czeka!
Najpierw jednak dłuższe oczekiwanie na autobus.
A jak w końcu wsiedliśmy too.. okazało się, że w autobusie lo-dó-wa! tak na maksa! brr! Kierowca chyba w gorącej wodzie kąpany ;) A na zewnątrz +35stopni.
Jazda trwała jakieś 30min! po drodze oglądnęliśmy parę fajnych miejsc. Ale tylko z okna. Najbardziej zapadła nam w pamięć katedra w Mosta - będziemy chcieli tam wrócić.
A skąd wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy? nasz przewodnik ma mapę wyspy i w niej są zaznaczone miejscowości. Mamy również mapkę linii autobusowych po Malcie (wziętą z hotelu). W dodatku w autobusie wyświetlają się nazwy przystanków. Kierowca również służy podpowiedzią.
Valetta, stolica, wita nas słońcem i upałem! a miało być pochmurno!
Zwiedzanie postanawiamy zacząć od ul. Republiki. Poprostu wymyśliliśmy, że pójdziemy tą ulicą do końca, aż do fortu św. Elma, a jeśli po drodze coś nas zainteresuje to oczywiście zboczymy z trasy. Jednak żeby się nie pogubić, chcieliśmy właśnie ciągle kierować się do tejże ulicy. Taki punt orientacyjny wśród pierdylionu uliczek :D
Jako pierwsze rzuca się nam w oczy...tłum! Ludzie, ludzie i raz jeszcze ludzie! a mamy październik. Nie chcę wiedzieć co tu się dzieje np w lipcu czy sierpniu...
Na pierwszy ogień "idzie" sala koncertowa na świeżym powietrzu :) Pjazza Tearu Rijal. Kolumny przypominają nam trochę Koloseum w El Jem w Tunezji, gdzie byliśmy rok temu.
Idziemy ciut wyżej, a tam całkiem ładny budynek, z dwiema armatami na przodzie :) i mnóstwem ludzi, którzy robią sobie tam fotki. Jak i my oczywiście :)
Okazuje się, że obecnie to siedziba premiera Malty, Pjazza Kastilija.
Stamtąd już tylko krok od sklepów, do których oczywiście wstąpiłam. Najpierw moim oczom ukazał się NEXT! Nie ma go w Poznaniu.
Potem ORSAY. I, co ciekawe, tuż obok ślicznego sklepiku mamy..warzywniak! :)) w PL chyba by to nie przeszło.
Dalej idziemy wzdłuż ul.Republiki. Kolejna atrakcja powoduje, że "zbaczamy" z trasy.
To Konkatedra św. Jana.
A przed wejściem spora kolejka. Więc ustawiamy się i my. Płatność w kasie. W plecaku mam szmatkę, by w razie "w" móc wejść do katedry czy muzeum, czyli na ramiona narzucam pareo.
W krótkich spodenkach mogę wejść. Mąż także ma krótkie spodenki, ale nie robią problemu przy wejściu, jednak każą mu plecak przełożyć do przodu. Dostajemy jakby walkie talkie, ulotki i naprzód. W odbiorniku nagrane jest w różnych jezykach (nie ma PL) co w danym miejscu zwiedzamy (miejsca oznaczone numerkami).
Uwaga! Nie we wszystkich miejscach można fotografować. Dość skrzętnie tego pilnują. Wszędzie też są kamerki.
Sama katedra piękna, ale to w sumie muzeum nie kościół :)
Bogata, ogromna, piękna. Konkatedra posiada 8 kaplic, z których każda poświęcona jest jednemu z „języków” zakonu joannitów.
Idziemy dalej. Mijamy bibliotekę, pstrykamy fotosy. Nie wchodzimy.
Znowu wychodzimy na ul. Republiki. Mijamy sklepiki, po drodze kupujemy picie.
W niektórych miejscach są niskie szerokie schodki. Uliczki wąskie. Wszędzie gdzie się da, zaparkowane samochody.
Na koniec ulicy Republiki docieramy do fortu St. Elmo. Jednak nas tam nie ciągnie, więc nie wchodzimy.
Z okolicy fortu jest przepiękny widok na 3Cities i zatokę Grand Harbour.
Schodzimy na sam dół, pod fort. Naszym oczom ukazuje się ogrom murów fortu :)
Tam zrobiliśmy sobie odpoczynek prawie nad samą wodą. Czuliśmy się malutcy pod tymi ogromniastymi murami.
Idąc do góry już ponownie w kierunku miasta, spotkaliśmy kilka słodkich kociaków.
Następnie wzdłuż ulicy kierowaliśmy się do Dzwonu Wolności, a potem stamtąd do znajdujących się prawie obok, dolnych ogrodów Barracka.
DOLNE OGRODY BARRACKA.
W sumie to poprostu park. Ale rosną w nim śliczne roślinki, głównie moje wymarzone hibiskusy.
Spacer, fotki, kibelek i lecimy dalej :)
I tam było więcej ludzisków już :) Bo i większe atrakcje!
Byliśmy przed 16-tą i załapaliśmy się na strzelanie z armaty. Fajnie moc sobie zobaczyć jak się strzela, a huk był mega :) Widok oprócz armat, zatoki Grand Harbour, Trzech Miast, jest także na pięky port z ogromnymi statkami.
Stamtąd można było windą zjechać na dół lecz my poszliśmy na nóżkach.
Mieliśmy okazję widzieć prom ze zdjęcia z bliska..ale o tym później ;)
Valetta ma bardzo głęboki port, dlatego tak ogromne statki mogą w nim cumować.
Wróciliśmy na plac przy Parlamencie i pokierowaliśmy się do ostatnich ogrodów(z tych głównych), czyli HASTINGS GARDEN.
A tam pusto. Ławeczki, roślinki i ten widok! Na zatokę i rozbudowującą się Sliemę, którą mamy w planie również zwiedzić.
Tam odpoczęliśmy, nabraliśmy sił i kierowaliśmy się na ul. Republiki.
A stamtąd już do autobusu, który zawiózł nas do Bugibby.
DZIEŃ TRZECI - MDINA I RABAT oraz KLIFY DINGLI.
Wczoraj wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Sprawdziliśmy się w pierwszym samodzielnym zwiedzaniu. Więc dziś też idziemy za ciosem.
Kierunek: Mdina i Rabat (przedmieścia Mdiny). Sama Mdina była dawną stolicą wyspy, położona jest w centralnej części Malty.
Do Rabatu jechaliśmy krótko. Jednak trochę się naczekaliśmy na autobus.. ah te maltańskie autobusy...momentami chciałam zrezygnować z jazdy i wybrać jakiś inny kierunek. No, ale w końcu (po 40min opóźnieniu) autobus przyjechał.
Wysiadając w Rabacie, dosłownie tuż przy przystanku mamy fajny park, ławeczki. To tam się udało nam spokojnie przepakować i wyjąć z plecaka aparat i pareo (w planach kościół :) ). W autobusach bywają tłumy, dlatego wszystko co cenne chowamy w plecaku i przekładamy go na przód.
Po przeciwnej stronie mamy od razu Domus Romana. Czyli tak na prawdę Muzeum Starożytnego Rzymu. Można w nim zobaczyć jak mieszkali i żyli Rzymianie. Chlubą tego miejsca są mozaiki na podłogach. Na zewnątrz, dla niewprawionego oka to.. kupa kamieni i gruzu.
Tam wszedł Krzyś, bo to jego "klimaty". Ja ładowałam się na ławeczce w parku :)
Później od razu skierowaliśmy się do Mdiny.
Sama Mdina jest pięknie położona na wzgórzu i góruje nad całą Maltą.
Oczywiście my, jak to my - przyszliśmy "od dołu". Żadne z nas nie wpadło na to, że kawałek dalej jest "główne" wejście. Ale to nic. Przynajmniej połaziliśmy dłużej i więcej zobaczyliśmy.
Sama Mdina jest urokliwa. Ma bardzo dużo małych, wąskich uliczkek. Niby powinno być cicho, ale ogrom ludzi sprawił, że nie dało się za bardzo odczuć konkretnego przeznaczenia tego miejsca.
Wszystkie uliczki skupione były wokół barokowej katedry św. Pawła.
Ale niestety, mimo iż był to środek tygodnia, ludzi było od grona i ciut ciut. Ale my wytrwale czekaliśmy aż ludzie znikną i będzie można robić zdjęcia.
Spacerując uliczkami Mdiny..
W sumie w muzeum dużo eksponatów, które pochodziły z katedry. Niestety, w muzeum był zakaz robienia zdjęć, więc po kryjomu coś tam się pstryknęło.
Sama katedra bardzo ładna. Ciekawe są również zegary na wieżach katedry. Jeden wskazuje normalne godziny i minuty, a drugi miesiące i dni. Nietypowe :D Długo się zastanawialiśmy co który pokazuje heh.
Ciekawostka: Dwa trony naprzeciw głównego ołtarza zarezerwowane są dla biskupa Malty i dla Wielkiego Mistrza Zakonu Joannitów.
Postanawiamy tu jeszcze wrócić innym razem - do samego sklepu :)
Z Mdiny wyszliśmy dosyć szybko, bowiem postanowiliśmy jeszcze pojechać na Klify Dingli.
Do Klifów dojechaliśmy autobusem z Rabatu. Nie możemy się nadziwić kierowcom. Ograniczenie do 30km/h, a ten zasuwa przynajmniej 60-tką i to tymi tyciutkimi wąskimi uliczkami :) No i ma się wrażenie, że wystawi się rękę za okno i mamy dom, możemy go złapać i "zabrać" ze sobą :)
Dingli Cliffs
Kapliczka oczywiście zamknięta, ale przez "dziurkę od klucza" podglądnęłam :) Maciupcieńka, ale bardzo zadbana, czyściutka.
Krzyś w międzyczasie zakupił sobie owoc opuncji od ulicznego sprzedawcy warzyw i owoców.
Jedliście opuncję już?? Śmiesznie smakuje - probowałam. Jakby melon z pestkami, których nie da się pogryźć i my pluliśmy :) ale taki jakby bez wyraźnego smaku. Więcej już nie próbowaliśm.
A jakby pomiędzy klifami, na płaskim terenie poniżej nas były domy! Próbowaliśmy nawet zejść w dół, ale niestety wszędzie były znaki zakazu wejścia, albo z napisami PRIVATE i znaki informujące o terenie monitorowanym. Lepiej się tam na własną rękę nie zapuszczać ;)
Pospacerowaliśmy, oglądnęliśmy. Co prawda pogoda jakoś nie do końca dopisała, bo było tochę pochmurno, i nie było przejrzystości powietrza :/
Będąc na klifach, podziwiamy "z bliska" wysepkę Filfla z Archipelagu Maltańskiego. Wysepka jest niezamieszkała, o klifowych brzegach wznoszących się ok. 60 m nad powierzchnię morza. Filfla stanowi aktualnie rezerwat przyrody
No i czekamy na autobus. W międzyczasie debatujemy nad planem dnia kolejnego ;)
Następnie autobusem wróciliśmy do Rabatu i jeszcze pospacerowaliśmy uliczkami miasta oczekując na kolejną przesiadkę, tym razem już do siebie - do Bugibby,
DZIEŃ 4: Plaże: GOLDEN BAY, GNEJNA BAY i GHAJN TUFFIEHA.
Pogoda zrobiła się cudowna, upalna. Po krótkiej naradzie uznaliśmy, że należy się udać na zasłużony odpoczynek. Na piaszczystą plażę Golden Bay.
Dojechaliśmy z Bugibby autobusem. Cała jazda to ok.15min.
Wjeżdżamy w okolice miejscowości Ghajn Tuffieha i plaży Golden Bay i naszym oczom ukazują się... nie, nie morze. Najpierw buso-sklepy z pamiątkami :) a dopiero za nimi plaża (trochę zatłoczona, ale bez przesady) i morze.
Po prawej stronie mamy trzy budynki hoteli sieci Radison, widoki z okien mają mega fantastyczne! Mają również wygospodarowaną część plaży prywatną.
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na plażing i zabraliśmy ze sobą kanapki. Można było również kanapki zakupić w buso-sklepach, ale woleliśmy mieć swoje. Woda piękna, niebieściutka. Morze chyba co nieco przyniosło, bo trochę tyh wodorostów i śmietków było. Ale mimo wszystko fajnie było się na piasku rozłożyć i poopalać. Wifi słabe, ale jest! :))) Mogę się dzielić z insta-znajomymi tym pięknym kawałkiem Malty.
Tak na mapce wyglądają te trzy najpiękniejsze plaże Malty.
Nr 1 i 2 odwiedziliśmy, do 3 nie udało się dotrzeć.
Przy kropeczce czerwonej jest przystanek autobusowy.
Gdy już nam się znudził leżing i smażing, spakowaliśmy się i poszliśmy na górę. Na skały, które oddzielały trzy piękne plaże obok siebie.
Widoki z góry przepiękne i przecudowne.
Ale szło się ciężko. Skały, kamienie, no i pion. Tak jakby drogi czy też ścieżki nie było. Między piękną bujną zieloną roślinnością idzie się w górę. Było ciężko. Ale wyszliśmy. A jakie widoki! No nic tylko sobie tam zostać i podziwiać.
Na górze oczywiście wieża :) Ghajn Tuffieha Tower.
Przekonałam się, że porządne buty to skarb :) w moim przypadku - porządne sandały, które mają dobrą przyczepność do podłoża. No i można w nich wchodzić do wody.
Kawałek tuptamy górą, całkiem normalnym terenem iii naszym oczom ukazała się kolejna plaża. Chyba bardziej urokliwa niż Golden. To Ghajn Tuffieha. Mniejsza, węższa. Można poczuć się tam intymnie wręcz :))
Z góry widać również trzecią plażę Gnejna Bay. Też ładna, ale z moją kontuzjowaną nogą i problemem z kręgosłupem, niestety niedostępna (żeby zejść na dół po stromym zboczu).
Ciężko, ale udało się nam zejść na drugą, na Ghajn Tuffieha. Tam sobie posiedzieliśmy na kamieniach, pospacerowaliśmy troszkę i czekaliśmy na zachód słońca przy pizzy w pobliskiej knajpce. Mieliśmy okazję pooglądać surferów po zachodzie słońca.
A potem schodami na górę iii.. biegiem na autobus. Wiedzieliśmy, że następny jest za godzinę.. Tylko co tam robić jeszcze godzinę po zmroku? Udało się i zdążyliśmy.
Opaleni i spaleni, jak się okazało, wróciliśmy do hotelu :) warto było.
DZIEŃ 5: WYSPA GOZO.
Wstaliśmy ciutkę wcześniej, poszliśmy na śniadanko. A po powrocie spakowaliśmy się i wioo na autobus do Cirkewwa. A tam już prom na Gozo.
Po wyjściu z autobusu od razu zostaliśmy skierowani na prom. Gdy wszyscy weszli, prom poprostu odpłynął :)
Płynęliśmy jakieś max 20min. Po drodze mijaliśmy Comino, Blue Lagoon i malutkie Cominotto.
Dopłynęliśmy do Mgarr na Gozo. Zaraz po zejściu z promu zostaliśmy "zaatakowani" ulotkami itp.
Ale wiedzieliśmy, że chcemy objechać Gozo autobusem Gozo Sightseeing Hop ON hop OFF. Są jeszcze jedne autobusy. O podobnej nazwie - Gozo CitySightseeting Hop On hop OFF. Łatwo je pomylić, ale oryginalne "zwiedzacze" Gozo są zielone. Te drugie są czerwone.
Takim utobusem można objechać całą wyspę. Można wsiąść i tylko z autobusu zwiedzać. Ale można również (jak nazwa mówi: hop on hop off) wchodzić i wychodzić na którym przystanku nam się podoba.
My zdecydowaliśmy się na trzy wysiadki :)
Na dole po lewej zdjęcie przedstawia Comino
i to malutkie Cominotto oraz Blue Lagoon.
Pierwsza wysiadka - Ramla Bay plaża piaszczysta, mówią że to plaża z czerwonym piaskiem.
Już z góry widzieliśmy niesamowitą scenerię. Najpierw z drogi widać pola i rośliny, które już wymęczone słońcem nie są soczyście zielone. Następnie w oddali widać zatoczkę i przecudnie mieniącą się wodę. Najpierw jasną, wręcz turkusową, a dalej nawet granatową :)
Plaża ma ciemniejszy piasek niż na Golden Bay. Momentami jest ceglasty. Woda niestety brudna. Takie szuwarki sobie pływały w ogromnych ilościach.
Chwilę pospacerowaliśmy, kupiliśmy lody i wracaliśmy do autobusu.
Jedna drobna uwaga: nie jedzcie lodów w autobusie Hop On Hop Off... zwłaszcza, jeśli on jedzie i jeszcze wieje jak diabli. Całe lody, które będziecie mieli na np. łyżeczce (jak ja), wylądują na Was i osobie towarzyszącej :)) nie jest to miłe i może trochę śmieszne na początku, ale potem nie ma gdzie się z tej słodyczy umyć, bo w morzu woda słona :D
Kolejny przystanek na Gozo to Savina Creativity Centre, tam można zakupić lokalne specjały, pamiątki itp - z tego co słyszeliśmy. My się nie decydowaliśmy na wysiadkę tam. W sumie tam był 10min postój. Kto chciał wysiadał, autobus czekał, nie odjeżdżał.
Następnym przystankiem na trasie był punkt widokowy, z którego pięknie było widać całą Ramla Bay.
Dziewiątym przystankiem na trasie była piękna świątynia Ta`Pinu Sanctuary. My nie wysiadaliśmy, zależało nam by dojechać do Dwejra i Azure Window, w międzyczasie pogoda się zaczęła psuć, nie było już słońca i miało się wrażenie, że zaraz zacznie padać deszcz. Zrobiło się chłodno, a w autobusie wiało.
Autobus przejeżdżał dość wolno, spokojnie mogliśmy sobie zrobić fotki.
Po powrocie na Maltę trochę żałowaliśmy troszeczkę, że jednak nie wysiedliśmy tam i nie zwiedziliśmy sanktuarium. Ale będzie na następny raz ;)
Sielskie Gozo.
Wiatrzysko było niesamowite. Ludziiii jak mrówków. Ale oboje przyznaliśmy, że warto było. Skały robią mega fantastyczne wrażenie.
Azure Window powstało w wyniku erozji wapienia.
Troszeczkę pospacerowaliśmy również po okolicznych skałkach (po raz kolejny dodam - warto mieć porządne buty, czy sandały. Choć widziałam również dziewczyny w japonkach czy obcasach..)
Tam również można było uczyć się nurkować z butlą.
Przy Azure Window można było zakupić również szklane pamiątki z Glass Gozo. Coś w stylu Mdina Glass na Malcie.
Wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy dalej, już w kierunku portu. Momentami padał deszcz, zrobiło się średnio przyjemnie, a nas czekał jeszcze prom na Maltę i połowa Malty do przejechania autobusem.
Z Dwejra pojechaliśmy dalej, już bez wysiadania.
Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na nas miejscowość Xlendi. Taka fajna malutka w skałach. Aż miło było popatrzeć.
Następnie przejechaliśmy też przez Xewkiję i wróciliśmy już do portu Mgarr. Tam udaliśmy się od razu na prom. Ale najpierw zakup biletów w kasie (płaci się dopiero przy powrocie na Maltę) i następnie wchodzi na prom.
Na Malcie w Cirkewwa zaraz po zejściu z promu wsiedliśmy w autobus i wróciliśmy do Bugibby.
Kolejne dni w kolejnych częściach, zapraszam do następnych wpisów!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









































