Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia 2019

Jarmark Bożonarodzeniowy - Wrocław.

Pierwszy raz mieliśmy okazję być na jarmarku poza Poznaniem.
Wybraliśmy się..w poniedziałek. I to był strzał w dziesiątkę, bo było prawie pusto!
Mieliśmy okazję pojechać nowo oddaną S5! Dosłownie kilka dni po jej otwarciu :D


Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jarmark wrocławski na pewno nie jest przereklamowany.

Jest rękodzieło, ozdoby choinkowe, ozdoby do domu, ubrania - czapki szaliki rękawiczki skarpety..zabawki drewniane i nie tylko zabawki.

Znaleźliśmy budki m.in. z jedzeniem węgierskim :) i z porcelaną z Bolesławca.


Klarci najbardziej podobały się bombki na ogromnej cudownej choince, renifery z saniami.

Zresztą, zobaczcie sami. Nie będziemy wszystkiego zdradzać :)




Na koniec ciepła herbatka i powrót do
Poznania, który Klarcia cały przespała :)

Jarmark trwa od 22 listopada do końca grudnia 2019 ;)

8 października 2019

Łagów, październik 2019

Będąc w drodze do Zielonej Góry, "zboczyliśmy"trochę z trasy i wybraliśmy się do Łagowa. Miasteczko ma cudowne tereny - jeziora wręcz wlewają się do środka. Niektóre domy mają mini przystanie nad samym jeziorem.

W Łagowie jest też Zamek Joannitów, a aktualnie hotel. Ale jest również wieża widokowa, z której widoki są niesamowite. Nawet teraz jesienią, ale przy ładnej pogodzie pięknie kolorowe drzewa wyglądają.

Wyszliśmy na wieżę z naszym 13mc Brzdącem! Jednak bez nosidełka dla takiego malucha się nie obejdzie.
Wieża już przy samym szczycie ma wąskie kręte schody, albo bardzo strome. Żeby się trzymać potrzeba obu rąk, a gdzie tu jeszcze Malucha trzymać?
Wstęp na wieżę 5 zł. Poza sezonem letnim jest najczęściej do 16tej otwarte.

Żeby się dostać do wieży, trzeba przejść cudowny dziedziniec! Pod wieczór jest chyba ładniej niż w dzień! Jeszcze nie widziałam takiego dziedzińca, po ścianach którego wiły by się roślinki!

Widoki piękne! Nawet nie wiało na górze!
Zresztą, zobaczcie sami!!



Po zejściu, trafiamy do ślicznej restauracji, bardzo klimatycznej. A z niektórych okien widać jezioro!
Dziedziniec był szykowany na wesele, więc tylko podziwialiśmy z daleka.
W restauracji wypiliśmy przepyszne herbaty!
Krzysiek z imbirem i cytryną oraz miodem, ja owocową (a nie pijam owocowych!) I też z miodkiem. Co ważne! Miód z okolicy! *_*



Zjedliśmy bardzo dobry obiad i poszliśmy na spacer.
Jednak okolice zamku są w remoncie i nie ma dostępu do jeziora. Za to w przyszłym roku będzie pięknie!
Jest, wg mapy, ścieżka spacerowa, ale pogoda się bardzo szybko zmieniła, zaczęło padać i nie zdecydowaliśmy się wyruszyć na spacer mając roczne dziecko.
W sezonie letnim myślę, że byłoby cudownie!
Są tutaj też kempingi (choć podobno ceny są wysokie). Generalnie w październiku wszystko zamknięte.

Weszliśmy jeszcze do kościółka obok zamku i na tym zakończyliśmy wycieczkę.
Godzinę później nadciągnęła ulewa i cieszyliśmy się, że jednak rozsądek wygrał i nie poszliśmy na ten spacer...



Koniecznie musimy się tam wybrać wiosną albo latem 😍!

14 sierpnia 2019

Hel z niemowlakiem

Hel, nasze pierwsze zwiedzanie (jeszcze) z niemowlakiem.
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!

Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.

Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.


Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P

Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).

Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.

Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?

Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.

Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.



I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).

Następny dzień, kierunek SOPOT!

10 maja 2019

Muzeum Zamkowe Pszczyna, maj 2019

Tak, dobrze czytacie. Klara zaliczyła w swoim życiu pierwsze zwiedzanie.
Nie dość, że zamek, to jeszcze muzeum hihi.

No więc tak - zamek znajduje się w Pszczynie.
W pięknym parku.
Blisko mojej rodzinnej miejscowości.
To tu przyjeżdżałam z rodzicami na wycieczki.

Klara zwiedziła zamek na rękach taty i czasem mamy.
Już na dole przy wejściu musieliśmy określić kto będzie nosił. Wtedy dana osoba nie zakłada "kapci" ochronnych na nogi (mega orła można w nich wywinąć).
Mieliśmy mieć nosidełko dla Klary, ale tuż przed wyjazdem czytaliśmy w internetach, że obiekt jest przystosowany do niepełnosprawnych. Więc byliśmy pewni, że i z naszym cameleonem wejdziemy. Koniec końców nie wypożyczałam nosidełka.
Klara na szczęście była lekka :) a i zwiedzania nie ma jakoś mega dużo.

Oczywiście umówmy się, nie jest to takie zwiedzanie, gdzie ogląda się szczegóły, dyskutuje się o tym, co się widzi itd. Bo nie o to w tym chodzi ;) Poprostu spacer po wnętrzach zamku.
A że byliśmy jedni nielicznych, to było spokojnie.

Klarci bardzo podobały się okna, bo duże. Lampy - często ogromne kryształowe. I lustra. Opowiadaliśmy jej też co i widać - np zobacz jakie łóżko, ale byśmy pospali w takim itp hihi.
Czy rozumie? Nie wiem. Ale sądzę że coś nowego i się podobało. Plus każdy kto nas mijał, Klarę zaczepiał, zagadywał. Jak się uśmiechał do niej, to była zadowolona hihi.
Daliśmy podotykać jakichś rzeczy z wystawy jeśli mieliśmy pozwolenie. Np wielkich waz albo ściennych dywanów
Pozaglądała z mężem do gablotek. Obgadali co i jak ;)

Nie poszliśmy jedynie do zbrojowni i stajni. Było zimno i nieciekawie. Odpuściliśmy.

Co do samego zamku - zbudowany jest na planie nieregularnego czworoboku, przed zamkiem są piękne lwy. Obejście zadbane czyste! Z okien (wewnątrz) widać cały piękny park
Bardzo ładnie zamek zachowany, praktycznie każdej wystawy ktoś pilnuje. Nie ma, że sobie chodzimy jak chcemy i gdzie chcemy. Wszystko jest odgrodzone.
Ciekawostką jest to, że zabytkowe krzesła - wystawowe - były zablokowane linką, żeby na nich nie siadać. Natomiast jeśli ktoś się zmęczył, są ławeczki na korytarzach i nie ma problemu z przycupnięciem.
Nikt nie robił problemu z tytułu gugającego niemowlaka, czy też w recepcji gdzie musieliśmy zostawić wózek.


Kilka lat temu blisko zamku powstała pokazowa zagroda żubrów. Tam też się wybraliśmy.
Jednak jest to takie mini zoo.
5 min i zwiedzone.
Klarci chyba najbardziej podobał się duży paw, który sobie maszerował po ogrodzie z pięknym rozłożonym ogonem.


Później, już po zwiedzaniu udaliśmy się na rynek - który w zasadzie graniczy z zamkiem.
Na koniec jeszcze spacer w pięknym parku z widokami na zamek i drzemka naszego bobasa w wózku.


8 kwietnia 2018

Śnieżycowy Jar.

Mieliśmy okazję wybrać się do cudownego Śnieżycowego Jaru pod Poznaniem.
Rezerwat został założony dla ochrony jednego z nielicznych w Wielkopolsce stanowiska śnieżycy wiosennej.

Z racji tego, iż teren należy do wojska i w tygodniu dostępu nie ma, do Rezerwatu nie dojedziemy komunikacją miejską.

Rezerwat znajduje się we wsi Starczanowo pod Poznaniem.

Widząc te tłumy i ogromną ilość samochodów, nasze autko zostaje daleko przed parkingiem.
Resztę drogi pokonujemy na nogach, mijając samochody, motocykle i wszędobylskich ludzi.
Pogoda piękna, więc chyba wszyscy pomyśleli tak jak my.
Wyprawa jest sezonowa, śnieżyce kwitną jakieś trzy tygodnie przy ładnej pogodzie i tylko raz w roku.
Do wsi w zasadzie prowadzi prosta droga, przy przystanku należy skręcić w lewo i droga prowadzi już do rezerwatu.
Najpierw mijamy dwa sklepiki - tylko tutaj można kupić coś do zjedzenia bądź picie.
Dalej już nic nie ma.

 Nasza trasa liczyła jakieś 7km.



Najpierw mija się staw z milionem żab (akurat jest ich okres godowy).


Później za ścieżką i ludźmi ;) nie ma innej drogi, można jedynie iść za stawem prosto (nie skręcać jak my) i również się dojdzie.
Należy wziąć dobre obuwie, to teren leśny!
Teren ze śnieżycami jest rozległy, ale w dal między drzewami. Jest ścieżka i jej należy się trzymać.
Gdzieniegdzie są ławki i można odpocząć. Jednak w tłumie ludzi nie zawsze jest to możliwe.

Ale łan białych dzwoneczków robi swoje :) Niektóre aż się proszą o fotki!
W końcu kwitną tak krótko..




Śnieżycowy jar to idealne miejsce na popołudniowy weekendowy spacerek!

W weekend 14-15.04.2018 jeszcze można je oglądać!

7 stycznia 2017

Szczawnica i okolice

Mając wolne między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem, postanawiamy spędzić choć kilka dni w górach.
Wolne miejsca (w ostatniej chwili) znalazłam (jak wszystkie lokalizacje wakacyjne) na booking-u, w willi Uliaszówka.

Do Szczawnicy wyjechaliśmy we wtorek, 27.12, z Jastrzębia-Zdroju.
Wyjeżdżamy rano, po drodze robimy dłuższy postój.
WADOWICE, miasto Jana Pawła II.
Gdy już dotarliśmy do Wadowic, łatwo było znaleźć obszerny parking i wolne miejsca.
Stamtąd bliziutko mamy na Rynek, pod Bazylikę Ofiarowania Pańskiego oraz do domu Karola Wojtyły. Udało się do Bazyliki również wejść na chwilkę podczas mszy.

Kilka kadrów z Bazyliki.

Mimo strasznego wiatru, deszczu spacerujemy troszeczkę po Rynku.
Niestety, dom Karola Wojtyły był zamknięty :( No nic, wrócimy innym razem.


Poszukaliśmy kremówki (z czterech kawiarni, tylko w jednej mieli kremówki!), po czym ruszyliśmy w dalszą drogę do Szczawnicy.


Szczawnica wita nas mrozem i śniegiem! Jupii!


Dostaliśmy pokoik z pięknym widokiem na Palenicę!
W pokoju są talerze, sztućce, kubki i czajnik oraz lodówkę.
Zaraz za drzwiami jest mała kuchenka, gdzie można było coś więcej sobie upichcić.


Szybko się przebieramy, mimo ciemności za oknem i sypiącego śniegu, idziemy na mały rekonesans. Nie chcemy tracić czasu, każdy skrawek dnia trzeba wykorzystać :)
Spacerem pod Palenicę, a potem przy gorącej herbatce,
grzanym piwie układaliśmy sobie plan pobytu na te kilka dni.

Środa, dzień 2.
Szczawnica wita nas jeszcze większą ilością śniegu! I coraz większym mrozem :) Zima pełną gębą ;)
Na dziś zaplanowaliśmy sobie wypad do Czorsztyna, na zamek.
Droga ze Szczawnicy do Czorsztyna, częściowo prowadzi przez góry.
Ale widoki mamy wprost fantastyczne. 
Krzysiek mówi, że droga ma tyle zakrętów, co Evia we wrześniu :)
Jest to zarazem nasza pierwsza wyprawa samochodem w śnieg i góry.


Zamek w Czorsztynie wita nas .. ciszą ;) Parking pusty, pan parkingowy bardzo rozmowny :)
Jest tylko kilku zwiedzających i my!
Część hotelowa jest niedostępna dla zwiedzających zamek, a tej części udostępnionej turystom nie jest wiele.
Nie potrzebujemy żadnej mapki, łatwo przejść z jednego pomieszczenia do drugiego.
Bilety kupujemy na dole przy wejściu do zamku. 


Taras na górze zamku również jest udostępniony do zwiedzania. A widoki z niego są niesamowite. M.in. zaporę widać, a całe jezioro jest pokryte lodem i śniegiem. 


 


Wychodzimy na dół, idziemy na przystań, gdzie latem cumują statki i jest plaża.
Jednak po śniegu widać, że nikt tu nie chodzi. Bo w sumie po co zimą oglądać przystań? ;)


W tej chwili wszystkie budki, lodziarnie, kawiarnie oczywiście pozamykane, bo nie ma sezonu. A wszędzie śnieg i lód - o czym przekonuję się, gdy kilka razy podczas spaceru nogi się rozjeżdżają.
Wchodzimy jeszcze do wozowni i wracamy do Szczawnicy. Znów tą cudowną drogą przez góry.

Popołudnie spędzamy w wąwozie Homole.
Po dnie wąwozu płynie potok Kamionka.
Jest to głęboko wcięty, stromościenny wąwóz w Małych Pieninach na obszarze wsi Jaworki. Skalna część wąwozu jest V-kształtna i osiąga długość ok. 0,8 km. Po przejściu przez pierwszy drewniany mostek nad potokiem, po lewej stronie jest skała zwana Wapiennik, a za nią ciągnie się dalej długa niemal pionowa ściana Grzebienia. Po prawej stronie ciągną się wyższa od nich i równie stroma Prokwitowska Homola. Istnieją w niej szyby górnicze – w przeszłości poszukiwano tu złota. Za Grzebieniem znajduje się Niska Skała o wysokości 70 m, a za nią Wysoka Skała, mająca aż 120 m wysokości. Informacje te znajdziemy chyba w każdym przewodniku ;)

Postanawiamy wybrać się zielonym szlakiem aż do Kamiennych Ksiąg.
Strome podejście ułatwiają mostki i schodki i poręcze. To nic, że w 90% zasypane są śniegiem.
To nic, że w kilku miejscach nie da się przejść przez śnieg i idziemy w wodzie (moje nowe buty przeszły prawdziwy chrzest bojowy!)


Towarzyszy nam niewielki szum potoku. Szlak wyprowadza na Dubantowską Dolinkę, gdzie znajduje się polana i miejsce do odpoczynku. Znajdujemy tu skały (Kamienne Księgi), na których według miejscowych, zapisano ludzkie losy aż do końca świata.
Niestety, w większości są przykryte śniegiem i nie możemy ich podziwiać w całości.



Dalej poza Dolinkę już nie idziemy. Można wyjść dalej, ale pogoda się zmienia. Zaczyna sypać śnieg, robi się coraz ciemniej, a my nie mamy przy sobie latarek. Komórka nie pomoże, bo momentami przydają się obie ręce do trzymania się poręczy czy podpierania (momentami, żeby nie upaść jechałam na butach kucając przy ziemi :) ). Ale kto jak nie my?!
Przecież my zawsze damy radę :D
Na Szczeliniec wyszłam, to i w Homolach sobie poradzę :D



Wyjście do Dubantowskiej Dolinki zajęło nam 45min i mniej więcej drugie tyle zajęło nam zejście.
O dziwo, gdy schodzimy widujemy dość dużo osób wychodzących w górę..hmmm. To już nie nasza bajka. Po 15-tej iść w góry.
Gdyby nie było śniegu, z pewnością poszlibyśmy dalej szlakiem.
Ale i tak troszkę liznęliśmy znowu wyprawy w góry ;)
Widoki pozostaną chyba w pamięci na zawsze. Zdjęć mam miliony...




Trochę zmęczeni, kolację jemy w naszej ulubionej knajpce "Pokusa".

Odnośnie restauracji - wszystkie w okolicy są pozamykane o 19-tej. Nie znaleźliśmy takiej, która byłaby otwarta później.
Tzn pizzeria była otwarta, a w niej luduuuuu jak mrówków :/
Mieliśmy okazję się przekonać, jak kelnerki w knajpce, gdzie jedliśmy kolację, odprawiły dwie dość duże grupy, z powodu późnej pory. Może gdzieś wyżej, dalej w innym rejonie było coś otwarte po 19-tej. My nie sprawdzaliśmy bo.. nie było potrzeby :D

W czwartek (dzień 3) z rana wcale nie chce się nam na mróz wychodzić.
Zbieramy jednak swoje graty i siebie i wychodzimy. Tym razem w planie mamy wyjazd na Palenicę wyciągiem krzesełkowym. Zmodernizowany w 2005 r. wyciąg ma czteroosobowe krzesełka wjeżdżające na górę (wyjazd trwa jakieś 5 minutek), jej długość wynosi 780 m. Najpierw jedzie łagodnie w górę nad ślicznym potokiem Grajcarek, następnie stromo aż do końca :)



Nie jeździmy na nartach, więc po wyjściu robimy sobie spacer, na tyle ile się da (nie chcemy zostać rozjechanymi przez narciarzy ;) ).
Widoki z góry cudowne. Szkoda, że nie ma słoneczka, byłoby jeszcze piękniej. Ale jest śnieg i mróz (ok. -10st na górze, w dodatku wieje!).



Żeby było śmieszniej, tuż po zjechaniu na dół, po przejściu części Szczawnicy, wyszło słońce..
No cóż..co zrobisz jak nic nie zrobisz ;)

Po zjeździe chwilkę spędziliśmy nad potokiem
Grajcarek, później ciacho i herbatka w "Pokusie".

Czwartkowe popołudnie postanawiamy spędzić w Białce Tatrzańskiej i "Termach Bania".
Ale najpierw trzeba kawałek przejechać.
Znów mamy okazję jechać tą cudowną trasą w górach!


W samych termach ludziiii full.
Parking pełen, kolejka do kas milionowa. Ale zawsze chcieliśmy się tu wybrać i oto jest okazja.
Trzy! godziny moczenia się w cudownie ciepłej wodzie.
I do tego jeszcze mieliśmy tak cudowne widoki.. Mieliśmy szczęście. Para obok nas usłyszała naszą rozmowę o tym, jak pięknie góry widać. Powiedzieli nam, że oni za chwilkę kończą pobyt w termach i przez całe 3g nie było w ogóle widać gór. Wszystko było za chmurami.
Ucieszyliśmy się bardzo :) No i obowiązkowo ten cudowny krajobraz trzeba uwiecznić na zdjęciach. 


Po wyjściu z term, pospacerowaliśmy jeszcze przy hotelu "Bania", popatrzyliśmy na stok, zjedliśmy pyszne oscypki z żurawinką.


Bardzo wymoczeni wracamy do Szczawnicy.. idealnie na kolację ;) Jutro wracamy już do Jastrzębia..

Piątkowy poranek przywitał nas mrozem i cudownym słońcem!
Bardzo szybciutko zgarniamy rzeczy, nie czekamy do "godziny zero" czyli do 12-tej, tylko szybciutko po śniadaniu poszliśmy pospacerować jeszcze po Szczawnicy. Zakupić ostatnie pamiątki i pospacerować przy potoku Grajcarek.



Miksy zdjęciowe ze wszystkich spacerków po Szczawnicy :) 

Piątkowy poranek nad Grajcarkiem w Szczawnicy.

Wczoraj w termach patrząc na te cudowne góry wymyśliliśmy krótki wypad do Zakopanego :)
Także zaraz po spacerze pojechaliśmy.
Nie do końca przewidzieliśmy, że będzie aż tyle ludzi. Wszędzie. 
Tuż przed Zakopanem stajemy w giga korku. 8 km do samego Zakopanego pokonujemy w 1,5g.. Gdyby nie to, że za bardzo nie dało się zwrócić, Krzysiek pewnie by nie jechał ;)
W pewnym sensie ta podróż jest takim sentymentalnym wyjazdem. To tu, w Zakopanem 30.12 sie zaręczyliśmy. 
I znowu jest 30 grudnia, a my po tylu latach mamy okazję tu być.

Na miejscu znajdujemy wolne miejsce parkingowe i szybkim krokiem udajemy się najpierw w okolice sceny sylwestrowej, a później na Krupówki.
Pogoda jest tak cudowna, słońce, dużo śniegu, mróz.. Chcemy wyjechać na Gubałówkę.


Po 15 min stania w kolejce do biletomatu po bilety na Gubałówkę rezygnujemy. Okazuje się, że w kolejce stoi jedna osoba a trzy inne przychodzą za chwilę i wchodzą sobie ot tak do kolejki. I tak co któraś osoba..z małej kolejki nagle robi się gigant.
Poza tym, pierdylion ludzi którzy idą wszędzie, są wszędzie.. Same Krupówki to już nie spokojna uliczka z "budami" tylko ulica z galeriami sklepowymi..

Rozczarowanie ogromne. Spacerujemy, wspominamy, kupujemy pamiątki, robimy pamiątkowe zdjęcia i.. wracamy do Jastrzębia-Zdroju.

Jednak mimo wszystko warto było choć na te 3g odwiedzić miejsce jednych z najpiękniejszych chwil w życiu :)

16 maja 2016

Zamek w Mosznej.

Zamek w Mosznej chcieliśmy zwiedzić chyba odkąd jeździmy samochodem do rodziców na Górny Śląsk.
Nigdy jednak nie było czasu żeby do Mosznej zajechać.

Jednak Tym razem mieliśmy dzień wolny i postanowiliśmy zajechać.

Wyjeżdżamy z Jastrzębia o 9-tej rano. W pogodny poranek.
Z czasem pogodny poranek zmienia się w .. pochmurny i deszczowy poranek!
Ale po godzinie przestaje padać..uf!
Trasa do zamku:
Jadąc (od rodziców) z Górnego Śląska, na autostradzie zjechaliśmy na bramkach w Krapkowicach i stamtąd ok.20min drogi jest już do samego zamku.
Dojazd jest łatwy, jednak warto patrzeć na znaki prowadzące do Mosznej, bo można się pogubić.
Samochód parkujemy na większym parkingu nieopodal kościoła. 4zł za cały pobyt. Chociaż nigdzie nie ma info, że parking płatny! no ale nie czepiajmy się..
Kawałek dalej jest drugi parking, niepłatny, ale tam nie ma miejsca - kilka autokarów i parking pełen.

Wysiadamy z samochodu, w oddali widać wieżyczki zamku!
Przy drugim parkingu jest kasa w której uiszczamy opłatę za wstęp (6zł/os).

Idąc parkiem po lewej stronie mamy zamek. Noooo to jest mega zamek! Nie toto co to w Książu ;)
Piękny cudowny zamek! I ma wieżyczki i ma mury i okna z witrażami i z jednej strony pnie się po nim cudowny bluzszcz.. i jeszcze w dodatku jest ogromnyyy! Jestem zachwyconaaaa!


Najpierw troszkę spacerujemy wokół zamku. Pstrykam fotki komórką, bo...zapomniałam zabrać zapasowy akumulator do lustrzanki, w efekcie okazało się, że nie ma czym robić zdjęć.
Ale dobrze, że mam swój telefonik! uratował nas. Standard ;)


Wchodzimy do środka i błąkamy się po parterze zamku, który wg informacji "można zwiedzić bezpłatnie". Tylko to "bezpłatnie" to jest nic.
Hol i kawiarnia, w której dawniej mieściła się poczekalnia dla interesantów przychodzących do Pana zamku.


Postanawiamy zapłacić za zwiedzanie wież zamkowych oraz części zamku z przewodnikiem (9zł/os). Skoro już tu jesteśmy, musimy jednak coś więcej zobaczyć!
W końcu zbiera się 8 osób (maksymalna ilość osób: 12, więcej na raz nie wejdzie) i przewodnik. Jest punkt 12:00.
Zaczynamy!


Wychodzimy na górę boczną klatką. Niestety główna klatka schodowa jest dla gości hotelowych.
(W zamku mieści się hotel). Wchodzimy na górę po czym wychodzimy na piętrze. Tam krótkie informacje nt. wieży do której aktualnie wchodzimy i idziemy dalej.

 
Wież jest ok 90, mniejszych, większych. Dostępne do zwiedzania są dwie. Jedna jest z takim mini balkonikiem. Z widokiem na ogród i stajnie. Jednak żeby każdy mógł podziwiać okolicę, musimy się wymieniać. Szybkie fotki i wchodzą następne osoby.
A w środku jeszcze słuchamy przewodnika, poznajemy historię zamku; oglądamy zdjęcia, na których są wnętrza te niedostępne dla zwiedzających. Nie wszędzie można wejść, nawet z przewodnikiem, więc to nie lada "atrakcja" żeby sobie zobaczyć kolejny ułamek zamku.


Kolejna wieża jest większa. Choć wąsko, możemy się swobodnie poruszać. Niestety, przewodnik jest na samym początku. Przy naszej grupce, gdzie idziemy "gęsiego" za bardzo nie słychać jego opowiadania. Ale trzeba przyznać, że widoki są super, zwłaszcza wiosną, gdzie wszystko jest soczyście zielone.


 Zwiedzanie wnętrza zamku zaczynamy ponownie w holu. Tu zachował się oryginalny kominek. Poza tym, hol to recepcja i mini sklepik z pamiątkami.

Kierujemy się przez piękną kawiarnię na górę.
Owa kawiarnia, była kiedyś poczekalnią! Gdy przychodzili interesanci do Pana zamku, to właśnie tam oczekiwali na swoją kolej.
Podziwiamy przecudowne drewniane schody oraz drewniany sufit, które są zrobione z drzewa sandałowego. Przywiezionego z Egiptu, gdzie Pan Hrabia zamku miał interesy.


Drugim pomieszczeniem, a zarazem pierwszym na piętrze, jest.. pokój pawia! Paw wymalowany był na ścianach i kolorem również pomieszczenie przypomina pawia.
Kiedyś był to pokój luster, na ścianach były lustra.
Dowiadujemy się, że część mebli jest oryginalna, boazerie i zdobienia ścian (gzymsy), kaloryfer.
Natomiast żaden żyrandol w zamku nie jest oryginalnie zachowaną rzeczą. Wszystko jest "współczesne", ale zrobione na wzór starych.

Tuż obok pokoju pawia, jest biblioteka.
Tu podziwiamy ogromne regały od podłogi po sufit, w większości oszklone.
I okazuje się, że są one oryginalne! Natomiast książki wewnątrz już są "współczesne".
Pokój nie jest duży, pod oknem stoi piękne drewniane biurko. Sufit tutaj również jest oryginalny - drewniany.


Kolejnym pomieszczeniem, które zwiedziliśmy, jest galeria. Kiedyś była tutaj sala balowa.
Aktualnie odbywają się tutaj mniejsze spektakle teatralne.
Jest to też jedyne pomieszczenie, które nie ma okien. Tzn nie ma takich tradycyjnych okien, bo za okno służą tu okna dachowe. Lecz nie widać nieba.
Pomieszczenie jest tak usytuowane, że nie dało się zrobić w nim okien. Mimo to wszystko jest doświetlone.
W tym pomieszczeniu oryginalnie zachowana jest drewniana podłoga, marmurowe (włoski, zielony marmur) wykończenia ścian. Dodatkowo nad sceną jest coś na kształt balkonu. To tam siedziała i grała orkiestra, a na dole były tańce.

Zdjęcie po prawej na górze,
od lewej na dole i w środku, to pokój hrabiego.
Po lewej na górze i po prawej na dole to sala balowa.

Przechodzimy do największego pomieszczenia w zamku. Do pokoju hrabiego.
Pierwsze co się rzuca w oczy, to witraże w oknach! Pianino i to, że pokój jest..trzy poziomowy.
Najpierw jakby nic nie ma oprócz pianina, następnie po 4 schodkach (z cudownymi marmurowymi kolumnami) w górę. Od razu widać już ogromne biurko (oryginalne) i regały (te same, co w bibliotece). Jest tu również kominek i stół z krzesłami.
Wyżej jest wystawa zdjęć z dawnych czasów zamku.


Wpisuję parę słów do księgi gości i "tajemnym" przejściem w ścianie przy kominku przechodzimy dalej.
Do kaplicy. Tu ma się wrażenie kościoła :) Ale nie ma ołtarza czy czegoś co przypominałoby typową kaplicę.
Na podwyższeniu znajduje się pianino, a niżej - rzędy siedzeń.
Oryginalne są tu witraże w górnej części okien. Ponieważ dolne były zniszczone, zostały zrobione od nowa.
Samo pomieszczenie jest wysokie! Surowe betonowe wykończenia i schody. A dokładnie 5 schodków.
Zniszczonych przez końskie kopyta. Jednak gdyby je naprawiać, trzeba byłoby budować od nowa. Więc zostają.
Chwilkę słuchamy opowieści przewodnika. Jest czas na rozejrzenie się, na fotki (tu gorzej jeśli chodzi o światło, okna są wysoko).


I na tym... kończy się zwiedzanie! Zostajemy wypuszczeni z zamku na ogród właśnie tymi schodami.
Sądziliśmy, że jeszcze gdzieś pójdziemy..a tu zonk!
No cóż...reszta to teren hotelowy, na który turyści nie będący gośćmi hotelowymi, nie mają wstępu.

Spacerujemy jeszcze chwilkę wokół zamku, ochy achy i jedziemy do domku, do Poznania!