Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LennyLamb nosidełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LennyLamb nosidełko. Pokaż wszystkie posty
30 listopada 2019
Budapeszt z roczniakiem - zwiedzanie cz.2
Środa wita nas cudownym słońcem i ciepłem!!! Taką pogodę zapowiadali na cały nasz pobyt w chwili kupowania biletów...ja również odsyskuję energię.
Po pysznym śniadaniu szybko się zbieramy i lecimy podbijać Budapeszt.
Pogoda tak piękna, że momentami chodzimy tylko w bluzach!
Tym razem idziemy prosto w kierunku Mostu Elżbiety i dalej - na Górę Gellerta.
Góra Gellerta
Po przestudiowaniu przewodnika wiemy już skąd zacząć - od schodów przy nieczynnej fontannie ;) Jak się później okazało, kolejne wejście jest przy Moście Wolności (na lewo od Mostu Elżbiety, przy hotelu Gellert; my szliśmy w prawo). Z tej strony jest też plac zabaw. Ale to nic,
daliśmy radę.
Klara ląduje w nosidle na mnie, Krzyś zabiera torbę od wózka i złożony wózek.
No i wio za ludźmi do góry.
Po prostu idziemy. Klara częściowo nawet tupta na własnych nóżkach!
Jak trzeba, wnosimy po schodach wózek razem z Klarą.
Jest piękna jesień. Choć droga śliska momentami, bo wczoraj padało więc liście mokre.
Pomiędzy liśćmi dostrzegamy panoramę miasta.
Na górze spotykamy kilku ciekawych panów, którzy naciągają turystów na grę w ukryte kostki pod kubkiem. Przy okazji udawali, że się nie znają, srata tata, byle zabujać turystów.
Sporo osób dawało się nabrać na ich zagrywki tracąc przy okazji kasę.
Jest tam świetny punkt widokowy na najpiękniejszą część Budapesztu - Dunaj, Most Łańcuchowy, Parlament i Wzgórze Zamkowe.
Kawałeczek dalej są kawiarenki, dwa kramiki z pamiątkami. Idąc jeszcze dalej znajdujemy właściwe miejsce - pomnik Wolności. Dalej oglądamy cudowną panoramę miasta i kierujemy się w dół.
W przeciągu kilku minut pogoda zaczyna się zmieniać, nadciągają chmury i o 14tej nie ma już śladu po przepięknej wczesnojesiennej pogodzie.
Pogoda się zaczęła zmieniać zaczyna mżyć, spędzamy jeszcze troszkę czasu na małym placyku zabaw. I kierujemy się, mimo wszystko, pod Wzgórze Zamkowe.
Wzgórze Zamkowe i Zamek Królewski
Po zabawie na placu zabaw zmierzamy do historycznej kolejki. Po wykupieniu biletów wchodzimy i od razu ruszamy kolejką w górę. Klara nie śpi, biorę ją na ręce i patrzymy we dwie na panoramę Budapesztu.
Szybciutko jesteśmy na górze, pada już deszcz.
Rzucamy okiem na ogrody, tarasy i spacerujemy po okolicy póki nie leje się nam na głowy. Klara tupta na nóżkach, zwiedza każdy kąt.
Kierujemy się pod Pałac Sandorów, troszkę spacerujemy, ale pada coraz bardziej. Szukamy schronienia i ciepłego obiadu, znajdujemy go w knajpce tuż obok poczty.
Udaje się nam przewijąć, nakarmić (jest dostęp do mikrofali, można odgrzać słoiczek!) i uśpić Klarę. Sami zjadamy gulasz, ale wcale najlepszy nie jest :/
Dobrze, że bobo nie jadło.
Całe wzgórze zamkowe jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Następnie w deszczu kierujemy się do Kościoła św Macieja.
Przed kościołem stoi Kolumna Św. Trójcy na Placu Św. Trójcy.
Bilety kupujemy w kasie obok kościoła. Maluch bezpłatnie oczywiście wchodzi.
Po zwiedzeniu dołu można wejść na górę i zobaczyć mini muzeum.
Wygląd obecny kościoła pochodzi z 1970 roku. Wewnątrz podziwiamy piękne freski, zdobienia.. łuki i ogromne okna z witrażami.
Przede wszystkim zewnętrzny dach kościoła sw Macieja jest świetny, nietypowy, jednak przy pochmurnej ulewnej pogodzie nie przyglądamy mu się długo ;)
Po zwiedzeniu kościoła, kierujemy się na Basztę Rybacką, a tam..tłum! Kolejka ludzi stoi aż na placu poniżej schodów.
Nie decydujemy się wchodzić, ze względu na śpioszka w wózku.
Spacerujemy i podziwiamy przepiękną panoramę Budapesztu (w tym Parlament) w wieczornym oświetleniu i wracamy pod zamek.
Tam jeszcze sama (wózek po kocich łbach nie daje rady, a Klara śpi) robię spacer wokół dziedzińca zamkowego.
Podziwiam fontannę przedstawiająca polowanie króla Macieja Korwina. Budowa fontanny zakończyła się w 1904 roku i była częścią prac rekonstrukcyjnych Zamku Królewskiego.
Niestety, fontanną jest z nazwy, bo wody nie ma ani grama w niej ;) może latem woda jest?
Wieczorem zamek jest przepięknie oświetlony.
Po powrocie do Krzyśka i Klary decydujemy się (już wyspanej) zjechać na dół i powolutku spacerem (przestało padać!) wróciliśmy Mostem Łańcuchowym pod Bazylikę.
Stamtąd podeszliśmy na tradycyjnego langosza do małej budki, ale bardzo polecanej.
Głównymi składnikami ciasta na langosza są mąka pszenna, drożdże, gotowane utłuczone ziemniaki, mleko, cukier, sól i olej. Formowany jest placek ala pizza i siup do głębokiego tłuszczu. Na to dodatki - sos czosnkowy, ser a reszta wg uznania - co kto lubi.
Zjedliśmy jeden na spółkę i już. Nie powaliło nas na kolana. Dobre, ale nie żeby się tym ciągle obżerać.
Wydawało się ze wszystko spoko. Poszliśmy spać, a dopiero nad ranem umieraliśmy...
Jak dobrze, że Klara nie jadła...
Koniec części 2.
Etykiety:
bez biura podróży,
Budapeszt,
hotel,
kościół,
LennyLamb nosidełko,
lot,
samolotem z roczniakiem,
wakacje we troje,
we troje,
Węgry,
zamek,
zwiedzanie
20 sierpnia 2019
Gdańsk z niemowlakiem!
Tym razem kierunek: Gdańsk.
Podróż tam.
Wyjeżdżamy znowu zaraz po śniadaniu, Klara w pokoju tuż przed wyjazdem dostaje jeszcze kaszkę.
Samochodem dojeżdżamy do Redy na PKP i stamtąd pociągiem.
Tyle, że parkingu pod PKP nie ma, bo jest gigantyczny remont.
Żywego człowieka brak. Objeżdżamy ten dworzec i nagle widzimy autobus miejski :D miły pan kierowca powiedział, gdzie możemy zaparkować.
Okazało się, że po drugiej stronie dwupasmówki jest spore osiedle i lid :D
Wypakowaliśmy się, zabraliśmy również wózek i nosidełko.
Szybkie mini zakupy w lidlu (kilku rzeczy zapomnieliśmy zabrać z pokoju) i lecimy na pociąg.
Niestety, przy wyjściu na perony i zejściu pod ulicą nie ma podjazdów dla wózków i Krzysiek niósł wózek, a ja Klarcię.
10min oczekiwania na pociąg i jest! SKM. Hmm tragedii nie ma, ale pociąg przyjechał już dość obładowany i usiadłam tylko ja z Klarą (Krzysiek później też, bo miejsce się zwolniło).
Pociąg bez przedziałów, osobówka.. bez ubikacji!
Ledwo przejechaliśmy kilka stacji i okazało się, że musimy ogarnąć Malucha. Jak, gdzie?
Przeszłam 4 przedziały i nigdzie nie było ubikacji. Więc, żeby nie zgorszyć ludzi i nie narażać Klarci na podglądanie, postanowiłam przewinąć ją pomiędzy przedziałami.
Nie było łatwo, bo pociąg jechał, Klara miała inny pomysł na siebie niż stać grzecznie :P Ubierając jej pieluchomajtki (wciągając przez buciki) modliłam się, by się nie posiusiała :P Ale nic takiego się nie wydarzyło i spokojnie wróciłyśmy z pakuneczkiem w woreczku zapachowym na swoje miejsca :P
Dało się? dało. Łatwo nie było, ale inaczej ludzie padliby trupem :P hahhaha.
No a dalej to był hardkor w pociągu. Ludzi masa, Klara nie miała sobie jak pochodzić, pociąg zatrzymywał się wręcz co 5-10min, ciągle ktoś przechodził.. duszno, ciepło, brak miejsca i 11,5mc niemowlak który po nas non stop skakał. Wiadomo, u mamy fajnie, ale u taty lepiej bo po drugiej stronie siedzenia (na przeciwko) i na odwrót :)
Ale daliśmy radę, w końcu to tylko godzinka.
Przy wyjściu z PKP Gdańsk Śródmieście naszym oczom ukazuje się galeria Forum Gdańsk. Postanawiamy skorzystać i ogarnąć w cywilizowanych warunkach naszą Dziewczynkę.
A, że Klara nie jadła i nie spała od wyjazdu z willi, to pomyśleliśmy, że jeszcze coś przekąsi i zaśnie.
Gdańsk Główne Miasto.
Bez większego problemu dotarliśmy pod Ratusz, udało się nam wcisnąć pod Neptuna, żeby zrobić sobie zdjęcia. Nad głowami coraz mocniej grzmiało, w ułamku sekundy z nieba zaczęły spadać ogromne krople, a po chwili porządny deszcz.
Byliśmy w drodze do Bazyliki Mariackiej.
Schroniliśmy się w jednej z bram dopóki ulewa nie zmieniła się w lekki deszczyk.
Niestety, Bazylika w remoncie. Trwają prace konserwatorskie :( i ciągle trzeba było coś omijać, obchodzić..oprócz tego oczywiście tłum ludzi. Klarutek na szczęście słodko spał.
Następnie obraliśmy kierunek: SPICHLERZE i Żuraw.
I tam przeżywamy mega szok! Jarmark Dominikański. I pierdyliard ludu, przecisnąć się z wózkiem graniczyło z cudem, szłam pierwsza i tylko "przepraszam, przepraszam" a mąż z wóżkiem za mną hehe. Udało się, przeszliśmy na drugą stronę i swobodnie sobie spacerowaliśmy.
W międzyczasie obudziła się Klara, udało się nam zrobić kilka wspólnych pamiątkowych zdjęć z nieśpiącym Bobasem.
Po spacerku przyszedł czas na obiadek, stanęło na..pizzerii, bo tylko tam były wolne miejsca i krzesełka dla dzieci. Jednak o przewijaku zapomnieli chyba :/
Podróż powrotna.
Później jeszcze niewielki spacerek w okolicy Neptuna i powoli zbieraliśmy się na pociąg powrotny do Redy.
W pociągu oczywiście ciągle nas ciągnęła żeby z nią chodzić, a to tak słabo, bo ciężko było nam równowagę utrzymać.
Ale! zauważyliśmy, że Klara już coraz bardziej zwraca uwagę na to, co jest za oknem. Jak się Jej pokaże albo zwróci uwagę to się skoncentruje :D
W samochodzie z Redy do Władysławowa Klara zasnęła. Na chwilkę przebudziła się w pokoju przy rozbieraniu z ubrań i przebieraniu w piżamkę.
Kolejne miasto (chociaż częściowo) zwiedzone.
Następny dzień to Westerplatte i Malbork - czyli powrót do Poznania.
Podróż tam.
Wyjeżdżamy znowu zaraz po śniadaniu, Klara w pokoju tuż przed wyjazdem dostaje jeszcze kaszkę.
Samochodem dojeżdżamy do Redy na PKP i stamtąd pociągiem.
Tyle, że parkingu pod PKP nie ma, bo jest gigantyczny remont.
Żywego człowieka brak. Objeżdżamy ten dworzec i nagle widzimy autobus miejski :D miły pan kierowca powiedział, gdzie możemy zaparkować.
Okazało się, że po drugiej stronie dwupasmówki jest spore osiedle i lid :D
Wypakowaliśmy się, zabraliśmy również wózek i nosidełko.
Szybkie mini zakupy w lidlu (kilku rzeczy zapomnieliśmy zabrać z pokoju) i lecimy na pociąg.
Niestety, przy wyjściu na perony i zejściu pod ulicą nie ma podjazdów dla wózków i Krzysiek niósł wózek, a ja Klarcię.
10min oczekiwania na pociąg i jest! SKM. Hmm tragedii nie ma, ale pociąg przyjechał już dość obładowany i usiadłam tylko ja z Klarą (Krzysiek później też, bo miejsce się zwolniło).
Pociąg bez przedziałów, osobówka.. bez ubikacji!
Ledwo przejechaliśmy kilka stacji i okazało się, że musimy ogarnąć Malucha. Jak, gdzie?
Przeszłam 4 przedziały i nigdzie nie było ubikacji. Więc, żeby nie zgorszyć ludzi i nie narażać Klarci na podglądanie, postanowiłam przewinąć ją pomiędzy przedziałami.
Nie było łatwo, bo pociąg jechał, Klara miała inny pomysł na siebie niż stać grzecznie :P Ubierając jej pieluchomajtki (wciągając przez buciki) modliłam się, by się nie posiusiała :P Ale nic takiego się nie wydarzyło i spokojnie wróciłyśmy z pakuneczkiem w woreczku zapachowym na swoje miejsca :P
Dało się? dało. Łatwo nie było, ale inaczej ludzie padliby trupem :P hahhaha.
No a dalej to był hardkor w pociągu. Ludzi masa, Klara nie miała sobie jak pochodzić, pociąg zatrzymywał się wręcz co 5-10min, ciągle ktoś przechodził.. duszno, ciepło, brak miejsca i 11,5mc niemowlak który po nas non stop skakał. Wiadomo, u mamy fajnie, ale u taty lepiej bo po drugiej stronie siedzenia (na przeciwko) i na odwrót :)
Ale daliśmy radę, w końcu to tylko godzinka.
Przy wyjściu z PKP Gdańsk Śródmieście naszym oczom ukazuje się galeria Forum Gdańsk. Postanawiamy skorzystać i ogarnąć w cywilizowanych warunkach naszą Dziewczynkę.
A, że Klara nie jadła i nie spała od wyjazdu z willi, to pomyśleliśmy, że jeszcze coś przekąsi i zaśnie.
Gdańsk Główne Miasto.
Bez większego problemu dotarliśmy pod Ratusz, udało się nam wcisnąć pod Neptuna, żeby zrobić sobie zdjęcia. Nad głowami coraz mocniej grzmiało, w ułamku sekundy z nieba zaczęły spadać ogromne krople, a po chwili porządny deszcz.
Byliśmy w drodze do Bazyliki Mariackiej.
Schroniliśmy się w jednej z bram dopóki ulewa nie zmieniła się w lekki deszczyk.
Niestety, Bazylika w remoncie. Trwają prace konserwatorskie :( i ciągle trzeba było coś omijać, obchodzić..oprócz tego oczywiście tłum ludzi. Klarutek na szczęście słodko spał.
Następnie obraliśmy kierunek: SPICHLERZE i Żuraw.
I tam przeżywamy mega szok! Jarmark Dominikański. I pierdyliard ludu, przecisnąć się z wózkiem graniczyło z cudem, szłam pierwsza i tylko "przepraszam, przepraszam" a mąż z wóżkiem za mną hehe. Udało się, przeszliśmy na drugą stronę i swobodnie sobie spacerowaliśmy.
W międzyczasie obudziła się Klara, udało się nam zrobić kilka wspólnych pamiątkowych zdjęć z nieśpiącym Bobasem.
Po spacerku przyszedł czas na obiadek, stanęło na..pizzerii, bo tylko tam były wolne miejsca i krzesełka dla dzieci. Jednak o przewijaku zapomnieli chyba :/
Podróż powrotna.
Później jeszcze niewielki spacerek w okolicy Neptuna i powoli zbieraliśmy się na pociąg powrotny do Redy.
W pociągu oczywiście ciągle nas ciągnęła żeby z nią chodzić, a to tak słabo, bo ciężko było nam równowagę utrzymać.
Ale! zauważyliśmy, że Klara już coraz bardziej zwraca uwagę na to, co jest za oknem. Jak się Jej pokaże albo zwróci uwagę to się skoncentruje :D
W samochodzie z Redy do Władysławowa Klara zasnęła. Na chwilkę przebudziła się w pokoju przy rozbieraniu z ubrań i przebieraniu w piżamkę.
Kolejne miasto (chociaż częściowo) zwiedzone.
Następny dzień to Westerplatte i Malbork - czyli powrót do Poznania.
Etykiety:
Bałtyk,
bez biura podróży,
LennyLamb nosidełko,
wakacje,
wakacje we troje,
we troje,
zwiedzanie
19 sierpnia 2019
Sopot z niemowlakiem
Wyjeżdżamy chwilę po śniadaniu.
Tym razem na cel bierzemy Sopot.A w zasadzie na początek Opera Leśna!
Dzień wcześniej sprawdziliśmy sobie, czy jest możliwość zwiedzania Opery Leśnej i jakie godziny obowiązują.
Ponieważ akurat w czasie naszych wakacji odbywały się tam koncerty i kabarety, należało sprawdzić jak ze wstępem.
Okazało się, że wstęp jest od 12tej - 14tej!
Droga długa, Klara trochę spała, trochę się bawiła ze mną.
Daliśmy radę.
Tuż pod Operą Leśną jest parking. Rano było pusto!
Tym razem również brałam ze sobą nosidełko, ponieważ byłam pewna, że nie będzie gdzie zostawić wózka.
Tzn jak się później okazało, wózki zostawały przy wejściu, gdzie jest ochrona i kasa, ale nie wiedziałam jaką mam gwarancję, że Klary pojazd jeszcze będzie stał.
Nosidełko nas nie ograniczało.
Klara za wstęp nie zapłaciła nic.
My z Krzyśkiem po 7zł.
Na okienku w kasie biletowej była informacja, że garderoby również można zwiedzać, ale wstępu na scenę nie ma (wieczorem były kabarety, rano był montaż sceny i oświetlenia).
Bez problemu pochodziliśmy po trybunach.
Gdy ja byłam w Operze za dzieciaka, dach był pomarańczowy :P
Teraz jest śliczny biały dach. A krzesełka są drewniane i pojedyncze :)
Obeszliśmy ile się dało, ale w związku z ogromnym hałasem (próby dźwięku) nie spędziliśmy tam dużo czasu. My jak my, ale przecież mieliśmy maluszka na pokładzie i to o jej uszka się obawialiśmy.
Na koniec wizyty w Operze Leśnej szybkie przewijanie w toalecie (jest przewijak!), próby karmienia malucha słoiczkiem (ale wszystko inne taaaakie ciekawe!) i idziemy dalej. Tym razem Klara już na
nóżkach z tatusiem.
Taką Operę Leśną pamiętam...
zdjęcia: Internet
Po drodze do Opery i z Opery mijamy..Góralską Chatę w Sopocie :D
A, że było pusto.. i pora obiadowa.. postanawiamy zajść i zjeść. Tym bardziej, że Klara pod Operą jeść nie chciała, a do molo w Sopocie (gdzie zmierzaliśmy po Operze Leśnej) mieliśmy spory kawałek.
Obiad był przepyszny! Jak Klara zjadała moje gołąbki, tego jeszcze nie grali :P
I pobawiła się kamieniami :D
I przede wszystkim - mieliśmy krzesełko dla Maluszka! I obsługa była mega szybko! To lubimy!
Następnie wróciliśmy na parking, zostawiliśmy nosidełko w samochodzie, a zabraliśmy wózek.
I stamtąd już prościutko do centrum i na słynne sopockie molo!
Po drodze przejścia dla pieszych..podziemne, całe szczęście były podjazdy, bo schodów sporo! przejścia pod torami (windy! uf!) i jesteśmy na Monciaku!
A potem cudowny Dom Zdrojowy, no i molo!
W międzyczasie pogoda się zrobiła...upalna wręcz!
Po drodze przejścia dla pieszych..podziemne, całe szczęście były podjazdy, bo schodów sporo! przejścia pod torami (windy! uf!) i jesteśmy na Monciaku!
A potem cudowny Dom Zdrojowy, no i molo!
W międzyczasie pogoda się zrobiła...upalna wręcz!
Nasza Mała Podróżniczka już przegląda mapę!
Tzn Klara prowadziła nas na molo :P
Klara trochę poraczkowała tuż po wejściu na molo sopockie, później trochę ze mną, trochę z Krzyśkiem spacerowała na swoich nóżkach (trzymana oczywiście za rączki). Taki szał, że hej! no dziecko jak ze smyczy spuszczone :P
Ale podobało się jej bardzo i nie było dzikich tłumów, więc mogła tuptać.
Przeszliśmy do końca spacerkiem i tak samo wróciliśmy. Po drodze oczywiście pamiątkowe fotki.
Następnie zdecydowaliśmy się...pójść do Żabki, bo Brzdącowi zabrakło picia :D
A później spacerem po najbliższej okolicy molo i doszliśmy do zejścia na plażę. Tam Klara spała już w wózku. A po pobudce miałyśmy pierwszy fizyczny kontakt z plażą i morzem.
Bardzo się Klarci spodobała woda.
Mogłaby biegać i biegać!
A była przyjemnie chłodna, nie lodowata!
I gdyby nie to, że było dość późno (a u nas z reguły 21:00 to czas w którym kąpiemy i usypiamy naszą Dziewczynkę), zdecydowaliśmy się nie szaleć i nie zostawać nie wiadomo jak długo, bo jeszcze ponad godzina jazdy do Władysławowa przed nami.
Po drodze jeszcze drugi obiadek zjedliśmy, ale nie był tak pyszny jak ten ranny (góralski, domowy).
Klara prawie wcale nie chciała tam jeść tego co my, dostała więc kaszkę swoją ulubioną.
W drodze do willi, w której mieszkaliśmy, znowu miałam trochę zabawiania i trochę drzemkowania Maluszka.
Następne dni to włóczenie się po Władysławowie, plażing i ogółem odpoczynek.
W kolejce do zwiedzenia podczas tych wakacji: Gdańsk i Malbork!
Etykiety:
Bałtyk,
bez biura podróży,
LennyLamb nosidełko,
Sopot,
wakacje,
wakacje we troje,
we troje,
zwiedzanie
14 sierpnia 2019
Hel z niemowlakiem
Hel, nasze pierwsze zwiedzanie (jeszcze) z niemowlakiem.
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!
Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.
Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.
Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P
Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).
Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.
Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?
Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.
Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.
I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).
Następny dzień, kierunek SOPOT!
Pierwsze poważne noszenie Klary w nosidełku!
Wyjazd z Władysławowa i przejazd na Hel, to ponad godzina "jazdy" a raczej przejazdów i stania w korkach w miejscowościach mijanych po drodze.
Ale być tak blisko i nie pojechać na Hel?
Tym bardziej, że pogoda nieciekawa.
Klara drogę na Hel przespała.
Wyjechaliśmy przed 11-tą, czyli mniej więcej w porze drzemki naszego Brzdąca.
O 9tej rano śniadanko, trochę zabawy w kąciku dla dzieci, a przed wyjazdem jeszcze kaszka i dopiero można jechać :P
Po przyjeździe, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów (oprócz tych stałych, sporo było porobionych specjalnie dla turystów).
Na początek ruszyliśmy do Latarni Morskiej.
Niestety, sporo ludzi pomyślało chyba jak my. Kolejka się nie zmniejszała, a wręcz powiększała.
Później okazało się, że nasza 11 m-c Dziewczynka nie wejdzie, więc odpuściliśmy.
Może następnym razem, jak już będzie duża? teraz już wiemy, że maluchy do 4 lat do latarni nie wejdą.
Spod latarni podjechaliśmy meleksikiem do centrum miasteczka.
Spacerek przez port, chwila na cyplu, fotki i poglądanie statków.
Niebo zachmurzone, jakby lada moment miało lać. Za ciepło też nie jest.
Oczywiście cel - fokarium. Ale i tu spotkała nas przykra niespodzianka - tłum, tłum i jeszcze raz tłum.
I tu też odpuściliśmy. Może gdyby był wózek, gdyby była lepsza pogoda (a nie widmo deszczu) i ten tłum..
Pogoda coraz gorsza, ludzi wszędzie masa, bo nie tylko do kas fokarium, ale i deptak pełen. Ciągle ktoś mnie przetrąca..wchodzi na mnie a ja z przodu mam Malucha który nagle staje się niewidzialny?
Decydujemy się jeszcze wejść do Muzeum Rybołówstwa.
Tam cieplutko, przyjemnie i nawet nasz Brzdąc zainteresowany, w końcu tyle światełek, ludzi, dzieci. Każdy starszy człowiek ją zaczepia ;) A ona zachwycona i rozgląda się za dziećmi.
W sumie muzeum jest związane z historią Bałtyku, rybołówstwem na Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym, dziejami samej Mierzei Helskiej, a także ze współczesnymi problemami związanymi z gospodarką morską. Przy muzeum znajduje się skansen tradycyjnych łodzi rybackich. Które ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa :)
Na koniec, po zwiedzaniu całego muzeum, wychodzimy z Klarą na samą górę na wieżę widokową. W górę schodki (na szczęście niewiele) są ok gorzej z zejściem na dół, bo w przód 8 kg ciągnie ;) ale dałam radę. Mąż stał pod schodami, by w razie czego nas asekurować.
Z góry super widoki na całą promenadę, trochę na miasto, ale w zasadzie już padało, do tego wiało, więc szybko się zmyłam. Lepiej nie ryzykować choroby i naszej i malucha.
I to by było na tyle z pierwszego zwiedzania. Wyjeżdżamy z Helu w porządnym deszczu.
Wracamy do Władysławowa, a Klara ponownie śpi (w samochodzie zjadła małe co nieco ;) ).
Następny dzień, kierunek SOPOT!
Etykiety:
Bałtyk,
bez biura podróży,
Hel,
LennyLamb nosidełko,
Polska,
wakacje,
wakacje we troje,
we troje,
zwiedzanie
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



















